sobota, 21 kwietnia 2012

Jednopart 4

Dzisiaj napisałam coś dla was z serca. Starałam się byście naprawdę mogły poznać bohaterkę, poczuć jej rozterki. Z góry, więc przepraszam za błędy stylistyczne.

Enjoy!


Gonitwa.

„Nie!” Wydarłam się w myślach ściskając zęby. Dlaczego znów to samo? Już nie mam siły. Świat staje się przeźroczysty, nic mnie nie interesuje. Opadam na miękki fotel i mam ochotę nigdy się nie podnosić. To jest bezsensu. Życie jest bezsensu. Czemu wszystko co złe zawsze mnie spotyka? Czemu nie potrafię się temu przeciwstawić? Jestem wystawiona na ciągłe poniżanie, upokorzenie, czy po prostu zwykłą odmowę tak trywialnych rzeczy.
Od małego wychowywana byłam w przekonaniu, że jestem ładniutka, świat stoi przede mną otworem, mogę wszystko. I wierzyłam w to. Dopóki życie nie zaczęło mnie kopać po dupie i uniemożliwiać mi wszystko do czego tyle czasu dążyłam. Każda nawet najmniejsza rzecz, której naszykowałam miejsce w moich myślach, w mojej rzeczywistości spalała na panewce lub po prostu obracała się przeciwko mnie. A ja spinałam pośladki i wierzyłam. Jeszcze raz, jeszcze jeden, może tym razem. A guzik. Wkrótce przekonałam się, że nie jestem wyjątkowa, inna. Jestem jak każda nastolatka zagubiona w moim małym, egoistycznym świecie postawionym na bardzo płytkich, słabych i codziennie na nowo walących się fundamentach. Na podstawie, która musiała ulegać zmianie w procesie dorastania, by w końcu ukształtować się w i tak chwiejny światopogląd, który mimo wszystko zawsze mógł runąć, gdy tylko zmierzę się z czymś większym, doświadczę niemożliwego.
Długo żyłam w przeświadczeniu, że jestem jak każdy z dnia na dzień wmawiając sobie, że jest to prawdą. Tak bardzo chciałam wierzyć, że wszyscy są sobie równi, że ja jestem lubiana, kontaktowa, otwarta na świat, gdy coraz bardziej kryłam się w mojej ciemni.  Aż przyszedł ten moment. Przełom, na który czekałam tyle lat. Wejście w dorosłości, które całkowicie mnie złamało. Z mojego dotychczasowego życia, myślenia zostały zgliszcza, tlący się żar i popiół po trosze rozwiewany przez zwiastujące burze porywiste wiatry.
Pamiętam ten dzień jak dzisiaj, gdy usiadłam na kanapie w salonie, bez podniosłego nastroju, mistycznej atmosfery, tak zwykle, jak codziennie i dopadła mnie ta straszna myśl, która zagnieździła się w moim umyśle, wykopała sobie tunel, siedzibę i jak smok porwała wszystkie moje ideały kryjąc je w najgłębszych odmętach mojego umysłu, do których nie miałam dostępu. Uświadomiłam sobie, że całe moje życie, było serią niepowodzeń interpretowanych na opak. Nie byłam już zwykła nastolatką, tylko dorastającą kobietą patrzącą obiektywnie, na to co działo się przez tyle lat. Z wmawiającej sobie i wszystkim dziewczynki przepoczwarzyłam się w kobietę szukającą miłości, a wiedzącą, że jej nie znajdzie z powodu swojego snobizmu, egzaltowania i jednocześnie artystycznej duszy zaklętej w normalność. Zaprzestałam, więc szukania. Popadłam w skrajne otępienie i chęć spokoju. Wiecznego spokoju, bym nie musiała nic. Miałam ochotę tylko leżeć i egzystować, wszystko stało się obojętne, a wykonywanie czynności życiowych ciężkie i nieprzyjemne. Nie czerpałam z życia nic ponad stan. Nic nie odczuwałam, melancholijne otępienie zżerało mnie od środka, ale nawet tego nie czułam. Przecież to i tak nie miało znaczenia.
Kolejne dni, tygodnie, lata ciekły mi przez palce, a ja się nie obracałam, nie patrzyłam na przód. Olewałam ludzi, przeżycia, uczucia, spojrzenia. Wszystko co mnie otaczało. Nie czułam nic i tak egzystowałam z dnia na dzień, by po jakimś czasie wydobyć z siebie coś co miało mnie przytrzymywać przy życiu, którego nie mogłam skończyć z powodu mojej słabości, na którą nie miałam siły nic poradzić. Rzeczą, która miała mnie trzymać na granicy świadomości z rzeczywistością była ciągle rosnąca we mnie nadzieja i marzenia, które nigdy miały się nie spełnić. Marzenia, które zaczynały zajmować większość mojego życia, mojego czasu. Były ze mną wszędzie, nie pozwalały się na niczym skupić i rozpraszały mnie każdym kroku. Stałam się osoba zamkniętą w sobie, mój umysł i moja wyobraźnie zniewoliła mnie doszczętnie, rzeczywistość nie miała racji bytu, była mi całkowicie obojętna. A najgorsze było to, że marzenia przynoszące mi choć trochę ukojenie zabijały mnie. Czyniły mnie swoim sługą, zabrały i tak dawno nie doświadczoną radości i wprowadziły mglistą zasłonę na rzeczywistość. Istniałam tylko w jakimś równorzędnym świecie zakłócanym przez istniejący.
Nic nie mogło mnie wyciągnąć z mojego stanu, nawet przyjaciele, którzy tak naprawdę nie byli moimi przyjaciółmi. Istnieli obok mnie i przyjmowałam ich obecność, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Ważne było, żeby wszystko było dobrze, więc nie wychylałam się, nakładałam na twarz szara maskę obojętności zabarwianej uśmiechem i kiepskimi żartami. Nikt nie mógł sięgnąć do mojego wnętrza, nawet moi najbliżsi, którzy w gruncie rzeczy nawet nie próbowali. Przyjmowali z zadowoleniem moją fałszywość i starali się wierzyć, ze to ja. A ja dążyłam do tego by ich utrzymywać w tym przekonaniu, przecież nikt nie lubi wrednych, egzaltowanych osób, które właściwie żyją w innym świecie. Niestety jednak, a może na szczęście moje drugie „ ja „ dochodziło do głosu i próbowało się uwolnić z okopów mojej woli. Zabijałam je w zarodku, lecz kiedy się zapomniałam to po prostu odlatywałam na skrzydłach Ikara, by potem spaść na twardy grunt.
Moim drugim zabójcą była nadzieja, którą codziennie pielęgnowałam. Nadzieje, na opuszczenie okopów i ciemniej strony mojego umysłu i wydostanie się, czerpanie radości z życia. Zaczełam wierzyć w przeznaczenie i los. Wtedy dopiero poczułam jak stalowa klinga zatapia się w moich wnętrznościach. Los nie istniał, przeznaczenie to bajka, w którą mimo samego pojęcia wierzyłam. Sama się z tego śmiałam, to tak jakbym wierzyła w Kopciuszka, ale miałam prawo. Niektórzy ludzie wierzą w Boga, ja wierzę w koło Fortuny. Nieobliczalnej, zimniej stalowej, zmiennej. Z czułością zajmowałam się moją wiarą, ze świadomością, że los to my. Że jeżeli sama nie chwycę byka za rogi, to nic się nie zdarzy. Tłumaczenie sobie, że to przypadek, że przeznaczenie czeka na mnie za rogiem było po prostu głupie. To ja miałam moc sprawczą, jeżeli czegoś bardzo chciałam mogłam za tym gonić, łapać, choć i tak to do czego tak dążyłam miało mi uciec. Zabawę stanowi gonitwa zajączka, a nie złapanie go, bo gdy już go złapiemy to chcemy więcej i gonimy za nim jak za najcenniejszym lisem.
Tak, więc przestałam, przestałam gonić i łapać. Trwałam biernie czkając na mój los, który wyczekiwał mnie. I tak zamykało się błędne koło mojego życia. Z dnia na dzień moja depresja rosła, a siły witalne i chęć do pracy, zmian malała. Mogłam się tylko przyglądać szczęśliwym ludziom z mojego okna i czekać na śmierć, która miała mnie od tego wszystkiego uwolnić. Przestałam już czekać na przełom w moim życiu, choć cały czas tliła się nadzieje, że on nastąpi. I to mnie najbardziej gnębiło. A ostrze coraz bardziej się zatapiało.
I wtedy.. Powinien przyjść ten moment kiedy Fortuna się odwraca, jednak to nie jest takie łatwe porzucić wszystkie przyzwyczajenia, myśli i spojrzeć w oczy pani, na która się tyle czasu czekało. Bałam się i zaciskałam powieki, mimo, że ona mnie kusiła, prowokowała. Byłam nieugięta.
Był to dwudziesty drugi rok mojego bezsensownego życia. Osiągnęłam już bardzo wiele, choć tak naprawdę wolałam być pustelnikiem niż trwać w tym bezdusznym systemie społecznym, który mówił mi co mam robić. Czułam się przez to jak młoda buntowniczka, dla której bunt jest tylko czystym sprzeciwem nie popartym żadnymi racjonalnymi argumentami. Jednak mimo duszy punka cały czas tkwiłam w tym zakuwającym mnie w kajdany systemie, bo co innego miałbym robić?
Był dwudziesty drugi kwiecień, gdy dostałam wiadomość, że mam wyjechać na praktyki do Londynu. Ładna, młoda, dobrze wyglądająca i obiecująca prawniczka miała się idealnie sprawdzić na praktykach u prawnika gwiazd. Powinnam się cieszyć z takiej wiadomości, ale nie miałam jak. Spadające kamienie sprowadzały moje myśli na właściwy tor. To tylko kolejny szczebel w drabinie systemu każącego mi się po niej wspinać. Ale pojechałam. Musiałam. Z niechęcią, i świadomością przegranej z samą soba pojechałam by spotkać się z wysokim, wyniosłym mężczyzną w idealnie skrojonym garniturze. Jego zimne niebieskie oczy spoglądające znad grubych, modnych okularów i usta złożone w cip wyrażały pogardę dla społeczeństwa i obojętność. Wydawało by się, że jest moją bratnią duszą, ale John Brown był tylko zapatrzonym w siebie egoistą z klasy wyższej.
- Praca. Pracą wszystko osiągniesz, więc na co czekasz. Podwijaj rękawy. – mawiał gdy ja zatapiałam się w swoim świecie. On zawsze boleśnie ściągał mnie na ziemię. Pokazywał mi inne aspekty życia, ale nie pomagał mi. Dalej czekałam na to coś co się miało nie wydarzyć.
- Sophie, poznaj One Direction, naszych klientów. – powiedział kiedyś przedstawiając mi pięciu młodych chłopców. Każdy z nich był niewątpliwie przystojny, ale nie to mnie najbardziej zajmowało. Płynęła z nich siła witalna, radość z życia i zadowolenie. Czułam się jak wampir spijający z nich każdą krople tego życiodajnego zachowania, która była dla mnie jak lekarstwo o bardzo krótkim działaniu.
- Sophie Ostrowska. – przedstawiłam się rozkoszując ich niewinnością i naiwnością. Każdy ich śmiech doprowadzał mnie do mrowienia, ekstazy. Chciałam przy nich być. Obudziły się we mnie inne, nieznane rządze.

One Direction próbowało mnie zmienić. Wprowadzić w moje życie radość. I prawie im się udało. A przynajmniej jednemu. Prawie.
Najbardziej zakręcony, łapiący życie wielkimi haustami i czepiący ile się tylko da. Louis Tomlinson wziął mnie pod swoje skrzydła. Zadbał o mnie pokazał mi świat z lepszej strony, obudził chęć do życia, która tliła się malutkim płomieniem przez długi czas by następnie zostać ugaszona, zdeptana. Dostęp powietrza został odcięty i zaczełam się dusić. Świat znów przybrał szare barwy, a oczy przestały patrzeć. Nie widziały szczęścia, nieszczęścia były puste. I on znów wrócił, i znów rozpalił ogień pożądania w moim martwym ciele. Pożądania słońca, światła, celu.
- Patrz!- mawiał – To słońce, nasz cel. Razem tam dolecimy. A teraz uśmiech, słoneczko.
Uśmiechałam się wtedy mimo woli, a moje serce zyskało nową, miodową otoczkę.
Raz się mnie zapytał wprost. Zadał pytanie wytracające mnie z równowagi, szokujące, na które nie miałam przygotowanej odpowiedzi. Był tylko impuls.
- Czego ty właściwe szukasz?- zapytał gdy leżeliśmy w moim małym pokoiku, blisko siebie. Louis głaskał mnie po głowie.
- Miłości. – odpowiedziałam spontanicznie. Ręka Louisa stanęła, napiął wszystkie mięśnie i zaczął ciężko oddychać. Już po chwili był przy drzwiach.
- Myślałem, że już znalazłaś. – powiedział i to było ostatnie zdanie jakie słyszałam z jego ust. Zraniłam go. A siebie? Ja nic nie czułam. Już dawno pozbyłam się tych zmysłów, tej partii mózgu, która odpowiadała za uczucia. Byłam zdziwiona zachowaniem Louisa. Czego on ode mnie oczekiwał? Znał mnie, wiedział na co może liczyć. Zaczełam jego obarczać całą winną. To przecież on posunął się za daleko w uczuciach, nie ja. To były moje pierwsze myśli. Potem tylko spalałam się. Ponownie zamknęłam swoje okno na świat, i czułam się jakbym z zewnątrz obserwowała jak znów zmieniam się ...w siebie?  Słońce już nie było dla mnie jasnością, zgasło. Ptaki przestały śpiewać, a ja wpadłam w czarną otchłań, której wyjście odeszło. Byłam to tego przyzwyczajona, ale jak nigdy zaczynało mi to przeszkadzać. Poczułam smak szczęścia i chciałam jeszcze, zaczełam cierpieć. Jak zawsze wszystko przyjmowałam z obojętnością tak wtedy zaczełam odczuwać ból. A może nie ból.. Wszechogarniający paraliż.
I właśnie w tym momencie. W czasie mojego największego załamania dostałam wiadomość, która powinna na mnie nie wywrzeć wrażenia, a zrobiła ogromne. „Wracasz do Polski”. Treść listu mnie przeraziła i zdrętwiałam. Powróciło pytanie czemu nie potrafię się temu przeciwstawić?
Pierwszy raz w życiu zapłakałam. Płakałam ze swojej bezradności, ze stanu w jakim znajdowałam przez ostatnie lata, z tego co zostawiłam. Zauważyłam, że gonitwa się jeszcze nie skończyła. Ona zaledwie została przerwana. Wszystko zależało ode mnie. Musiałam tylko znaleźć w sobie wystarczające siły, by wstać z fotela i ruszyć na przód ze swoim życiem. By słonce znów zaświeciło.
Tylko czy było mnie jeszcze na to stać.
Poderwałam się z fotela i pobiegłam do drzwi. Wyleciałam z domu jak stałam, by tylko dotrzeć do biura Browna.
- Gdzie jest One Direction?- zapytała wkraczając do kancelarii mojego byłego przełożonego.
- Czy ty nie masz za chwilę samolotu?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Zaczęłam się niecierpliwić.
- Ratuję siebie. – odpowiedziałam.
- No w końcu!- zakrzyknął John Brown najbardziej zgorzkniały i nieczuły człowiek jakiego znam. Podał mi adres. Po niedługim czasie mogłam zobaczyć zaskoczoną twarz Louisa
- Niech moje słońce znów zaświeci. – powiedziałam bez wstępu. Lou był poważny jak nigdy.
- Jesteś gotowa na zmiany?- zapytał. Twierdząco, energicznie pokiwałam głową.
- Wiem czeka mnie dużo pracy i to nie będzie łatwe, ale ja znów chcę widzieć kolory. Naucz mnie żyć.
Louis jeszcze przez długą chwilę stał poważnie milcząc. Czułam, że to już koniec. Przyszłam za późno.
- Czego szukasz?- odezwał się.
- Ciebie. – odpowiedziałam bez wahania, po czym Louis wpił się w moje usta i znów mogłam doświadczyć szczęścia. Pojawiły się pierwszy raz w moim brzuchu malutkie motylki, które zaczęły razem wypychać tkwiące tam ostrze.
Teraz czekała mnie droga do zdrowia. Trudna, poorana koleinami losu, niebezpieczeństwami. Miałam jednak obońce, który strzegł mnie przez wszystkim co mogłoby mnie cofnąć. Z dnia na dzień coraz łatwiej było stawać się normalną. A wiecie co jest najlepsze? To, że nigdy nie stałam się normalna. Doświadczyłam tylko zjawiska akceptacji. Louis kochał mnie taką jaką byłam, przez co ja sama pokochałam siebie. Było to dla mnie trudne, ale nie niemożliwe. Nigdy nie porzuciłam gorzkich myśli, tylko Lou je skutecznie zasłaniał i przeszkadzał im zaistnieć. To on teraz świecił jasno. Było moim słońcem i szczęściem. Znalazłam to na co tyle czekałam, i czego miałam nie znaleźć. Otworzyłam oczy, by spojrzeć w twarz kuszącej mnie Fortunie, przed którą tyle się broniłam. W jej oczach zobaczyłam swoje drugie, lepsze odbicie. Wielka gonitwa dobiegła końca. 

***

Jak wam się podoba? Mam nadzieję, że bohaterka nie jest aż tak przytłaczająca. Jest może troszkę inna, ale w sumie całkiem podobna do reszty. Tak naprawdę sama nie wiem co mam sądzić o tych moich urojeniach. 

Dziękuję za odwiedziny. Tajwan, Brazylia, Ameryka Południowa, Skandynawia.. i wiele państw europejskich..Po prostu leże. I za magiczne ponad 32 tys. ; ) Jesteście niesamowici. 

Pozdrawiam! 
H.

PS. braterstwo1d.blogspot.com Moje nowe wypociny. Całkowicie gorsze od tego co było tutaj. 

16 komentarzy:

  1. Ta dziewczyna jest tak bardzo podobna do mnie.
    Szkoda, że w prawdziwym życiu nic takiego mnie nie spotka. To takie smutne :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow. Zaintrygowałaś mnie. Chyba nie spotkałam się jeszcze z takim jednopartem. Bardzo spodobały mi się dialogi. Uważam, że są mistrzowskie. Wydają się przemyślane, ograniczone do minimum i trafiające do Czytelnika. Świetnie Ci to wyszło. Naprawdę, jestem pełna podziwu. Te wszystkie uczucia... Muszę przyznać, że kiedy zaczęłam czytać ten jednopart w ogóle nie mogłam się wczuć. Ale z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej zatapiałam się w wirze uczuć i to jest piękne. Podoba mi się to, w jaki sposób został opisany Louis. Był takim słońcem w szarym życiu Sophie. To jakby podsumowanie jest w pełni zadowalające i idealnie zamykające cały jednopart. Xxx

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak dla mnie to jest twój najlepszy jak do tej pory jednopart.

    OdpowiedzUsuń
  4. Muszę się zgodzić z Annie. WOW. To po prostu niewiarygodne, nie wiem, nie mogę w to uwierzyć. To jest idealne. Nawet nie wiesz jak bardzo cieszę się, że trafiłam kiedyś na Twojego bloga. Jestem pełna podziwu Twoich zdolności i talentu. Bo z pewnością go masz. Główna bohaterka jest trochę przytłaczająca, muszę to przyznać, ale to nie jest złe. Dzięki temu pasuje do całości, jako historii, z której można wyciągnąć naukę, morał. Bardzo podoba mi się postać Louisa, jako jej światełka w tunelu, zwłaszcza pokochałam te fragmenty: 'Patrz!- mawiał – To słońce, nasz cel. Razem tam dolecimy. A teraz uśmiech, słoneczko.', '- Czego ty właściwe szukasz?- zapytał gdy leżeliśmy w moim małym pokoiku, blisko siebie. Louis głaskał mnie po głowie.
    - Miłości. – odpowiedziałam spontanicznie. Ręka Louisa stanęła, napiął wszystkie mięśnie i zaczął ciężko oddychać. Już po chwili był przy drzwiach.
    - Myślałem, że już znalazłaś. – powiedział i to było ostatnie zdanie jakie słyszałam z jego ust.' i 'Czego szukasz?- odezwał się.
    - Ciebie. – odpowiedziałam bez wahania, po czym Louis wpił się w moje usta i znów mogłam doświadczyć szczęścia.'. To jest naprawdę cudowne, potrafisz w niesamowity sposób opisać uczucia bohaterów, ich emocje. Ten jednopart jest chyba najlepszym, co udało Ci się dotychczas napisać. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim. To, co piszesz bije na głowę niektóre książki, które czytałam. Dziewczyno, biję przed Tobą pokłony.
    Pozdrawiam, Twoja oddana fanka.

    OdpowiedzUsuń
  5. aaaaaaa to jest przecudowne. kocham bohaterów i wg. świetna akcja i ughhhh nie wiem co jeszcze powiedziec. jestem twoją fanka ;d pisz dalej!
    zapraszam przy okazji do mnie gdzie ukazała sie JUZ 14 CZESC opowiadania.
    http://69-imagination.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Trochę smutno na poczadku ale zakończył się szczęśliwie i to mi się podoba ,jesteś świetna i tak samo świetnie piszesz. "Moje nowe wypociny. Całkowicie gorsze od tego co było tutaj." - nie jest wcale gorszy i polecam go wszystkim kochającym 1d , jest tez świetny .
    pozdrawiam Aneta =]

    OdpowiedzUsuń
  7. Awww...brak słów.Naprawdę nie wiem co mam napisac zeby wyrazilo to jak bardzo spodobal mi sie ten jednopart. Wzruszyłam sie, gdy Sophie poszla do Louisa. Jak niewiele trzeba zeby poczuć sie szcześliwym, wystarczy tylko znalesc odpowiednia osobe, a zarazem jak ciężko zatrzymac taka osobe przy sobie. Nie wiem co mam jeszcze napisac, zachwycilas mnie tym jednopartem.
    Prosze, chce wieciej... Mam nadzieje ze dodasz jeszcze jakis ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. *.*
    Szczerze? Nie wiem co napisać. Rzadko m się to zdarza, a teraz po prostu... brak mi słów. Każdy twój jednopart ma niesamowity przekaz i głęboki sens, ale tym tu to przeszłaś samą siebie. To jest cudowne, magiczne...prawdziwe. Całkiem realne, nieoklepane, zawierające głęboką mądrość. decydowanie chcę więcej i więcej jednopartów. Twoje opowiadanie też mi się podobają, ale jednoparty w twoim wykonaniu to mistrzostwo.
    Mam nadzieję, że napiszesz więcej tego typu tekstów, jeśli tak, to czekam na następny xxx

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie będę się rozpisywać bo sama nie wiem jak mam napisać to co czuje po przeczytaniu tego jednopartu. Po prostu jest genialny. ;)
    Każdy twój jednopart jest rewelacyjny i nie się ze sobą przekaż który jest zawarty miedzy wierszami jak to kiedyś napisałaś.
    Do następnego.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  10. O___O
    Jak wyświetla mi się, że wstawiłas kolejny jednopart to mi szczena opada:)
    Jak ty znajdujesz czas żeby je pisać? :P
    Ten jednopart jest genialny
    Poważnie.
    Podobnie jak inne, ale w ten się naprawdę "wczułaś"
    Licze, że pojawią tu się podobne :D
    Czekam na kolejne ^^

    OdpowiedzUsuń
  11. Naprawdę świetny blog! Zakochałam się w tym blogu! Będę tu często zaglądać! http://najamajke.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Dopiero dziś przeczytałam tego jednoparta ;( i muszę ci powiedzieć,że wychodzą ci coraz fantastyczniejsze! Jak ty to robisz? Nie robisz,to się ma!XD Tak jak już pisałam bardzo,bardzo mi się podoba.Każdy twój jednopart ma ukryty sens,znaczenie i po prostu brak mi słow żeby go opisać,jest cudowny,podobnie jak pozostałe ;)
    Przepraszam,że tak późno ale nie ogarniałam ostatnio -.- ;c już mi (chyba) przeszło.Będę się pilnować ;)
    Pozdrawiam!
    Natalia Xxx.
    P.S. Napiszesz jeszcze jednopart? Miał być z Niallem XD ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetne, cudowne, nieziemskie :)
    Naprawdę mi się podoba, ale chyba to nie nowość, bo naprawdę masz dziewczyno talent do pisania, to co piszesz jest magiczne, a jednoparty na swój sposób pouczające i dające do myślenia :)
    Dwudziesty drugi kwiecień - dzień moich urodzin, a dla niej dzień całkowitej zmiany, zagubiona dziewczyna znajdująca pocieszenia w ramionach Lou :) Cuda historia która ma w sobie nutę prawdziwości, jest naprawdę genialna.
    Braterstwo i przyjaźń też jest cudne i wcale nie jest gorsze od tego co było :)

    van-ill-op.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Twoje opowiadania i jednoparty mają w sobie to coś, czego nigdy nie umiałam wykrzesać. Gratuluję talentu i pomysłowości ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Genialny blog! Czekam na następne posty! Zapraszam na moje!
    cozamaliny.blogspot.com
    musiconedirection.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. Cudowne! czemu ja nie mam takiego talentu?
    iwona :*

    OdpowiedzUsuń