wtorek, 8 maja 2012

Jednopart 5



Tygrys umysłu.
Czy ja go jeszcze kochałam? Wszystko wskazywało na to, że nie. A może to tylko sen. Może znów mam te szare dni, kiedy nie wiem co się dzieje, tracę świadomość. Błąkam się po ciemku nie mogąc znaleźć klamki. Wpadam w każdą dziurę i drę kolana, nie mogę się podnieść, spadam, spadam, spadam.. I wtedy silne ramiona wyciągają mnie z tego rowu, ciągle od nowa napełniającego się brudną, błotnistą wodą, którą tak łatwo mogę się zachłysnąć.
Nie. Teraz wiem co robię. Idę ulicą, skąpaną w świetle zachodzącego słońca w samym centrum Londynu. Nie powinnam tu być. Na pewno wszyscy mnie szukają. Mam to gdzieś, mam gdzieś to, że się o mnie martwią, tak naprawdę wcale ich nie obchodzę. Myślą tylko o tym, by pozbyć się kłopotu, wydaje im się, że ja jestem głupia, nic nie rozumiem, ale ja chłonę każde ich słowo i dokładnie wiem co się ze mną dzieje. Studiuje ksiązki, i wykonuję wszystkie polecenia, ale oni tego nie dostrzegają. Myślą, że żyję w swoim świcie, odizolowana grubym, wysokim murem, kiedy oni sami nie pozwalają mi przejść do swojego. Tak bardzo chciałabym być akceptowana, nie zrozumiana, tego nie mogą uczynić, ale akceptowana. A nie postawiona przed dokonanym za mnie wyborem. „To dla twojego dobra” mawiają, kiedy myślą „ Wreszcie mamy święty spokój”. Wszyscy oprócz Niej. Czasem nie pamiętam kim ona jest, czasem nie dostrzegam jej wysiłków, starań. W tych chwilach widzę tylko to co chcę widzieć, pozostawiając za sobą zgliszcza ludzkich uczuć, ale od niej emanuje ciepło mogące się przebić przez moją skorupę, wejść to mojego ciemnego, pełnego szarości świata, lub do moich świetlistych, kolorowych marzeń, gdzie biegają jednorożce, czy też potrafi pokazać mi drogę, gdy stoję na rozdrożu pod słupem z napisem : „ONI” w lewo i „MY” w prawo. Zawsze wybieram „MY”. Zawsze to jest zły wybór. Chyba, że tak rzadko pojawia się ona i wtedy dokonuje tego najlepszego, podejmuję właściwą ścieżkę i wypływam na powierzchnię, by po jakimś czasie znów zatonąć. Moja matka. Tylko ona jest tą osobą, która potrafi mi pomóc, ale mimo wszystko wiem, że jestem dla niej ciężarem.
I on. Kiedyś potrafił, ale teraz.. Czy ja go jeszcze kochałam? Wszystko wskazywało, na to, że nie.
Przystanęłam. On tam stał. Był taki jak zwykle, uśmiechnięty, rozpromieniony i zarumieniony. Taki kochany. Wszystko było w nim idealne, na mój pokręcony sposób. Dla mnie był aniołem zesłanym z samych niebios. Czy ja go jeszcze kochałam? Wszystko wskazywało, na to, że nie. Czemu to mnie tak dręczyło. Co wskazywało, że nie? Znów myśli zaczęły mi się gubić, wpadać do wąskich szczelin, jak bile podczas gry w biliarda, tylko ta czarna jeszcze tkwiła na zielonym stole i przytrzymywała mnie przy resztkach świadomości. Czułam jak się zapadam. Nawet on nie był w stanie mnie teraz wyciągnąć. Podniosłam rękę i delikatnie głaskałam go po policzku. Był taki suchy, jakby kartonowy. Gładki, bez skazy. Czemu jego oczy patrzyły na mnie z taka obojętnością? On nigdy tak na mnie nie patrzył. Gdzie się podziała czułość? Tęsknota? Miłość? Może on umarł? Ale stał przede mną. No stał. Cały czas ten sam wyraz twarzy, ten sam, ten sam.. Zaczynało mi się kręcić w głowie. Złapałam go za ramiona. Potrząsnęłam. Był taki lekki, nienaturalny. Milczał.. Niech on się odezwie, spojrzy na mnie.. Czy ja jestem niewidzialna? Dostawałam mdłości, spazmów histerii, wściekłość i ból w oczach. Załapałam się za głowę i wyrwałam kępki włosów. Uderzyłam go.. Dlaczego się nie odzywał?! Zaczełam krzyczeć.. Ktoś zaczął wrzeszczeć.. Głos dochodził z zewnątrz.. To przecież ja. Znów. Obracałam się w kółko, ziemia się zapadała, wszystko wirowało. A on stał, stał jak słup soli.! Krzyczałam, krzyczałam, ciemność.
Obłęd.
*

-Znaleźliśmy ją!. – usłyszałam. Nic do mnie nie docierało oprócz tego jedynego, pojedynczego zdania. Bałam się otworzyć oczy. Co się stało?  Gdzie ja byłam? Znów. Lekko uchyliłam powieki. Leżałam na czymś miękkim. Nosze? Nie, koc. Wkoło znajdowało się mnóstwo ludzi, przede wszystkim gapiów. Widziałam jak jakaś kobieta uspokaja płaczące dziecko w różowej sukieneczce, mąż tulił swoją żonę i wiedziałam,  że cieszy się, że to nie ona. Jakaś babcia oddalała się w pośpiech mrucząc coś pod nosem o podmiocie szatana. Tylko jeden mężczyzna w średnim wieku trzeźwo myślący trzymał w ręku telefon, jednak też trzymał się na uboczu, jakbym była trędowata. Nade mną znajdowała się twarz. Tak blisko, a jednak tak daleko. Nie mogłam jej dosięgnąć, choć wyciągałam swoje macki. Był to mężczyzna. Znałam go.
Ciemne włosy sięgające lekko za uszy okalały jego twarz i spadały mu na oczy. Niecierpliwym gestem raz po raz je odrzucał do tyłu. Miał około czterdziestu lat, i na tyle wyglądał. Miał podkrążone oczy, w których widać było zmęczenie i troskę. Patrzył na mnie ze współczuciem, żalem i miłością, której nigdy nie pokazywał. Długi szpiczasty nos i wąskie usta zaciśnięte w szparę, które pokazywały jak bardzo jest zdenerwowany. Ubrany był w niebieską koszulkę polo i jeansy, tak jak na co dzień. Tylko gdzie marynarka? Ach tak. Leżałam na niej, to nie był koc. Mój ojciec. Znalazł mnie. Znów.
Usłyszałam czyjeś kroki. Przybierały na sile, aż wreszcie na ojcem ukazała się twarz. Kiedyś piękna, teraz naznaczona wieloma zmarszczkami, wyniszczona życiem i zmartwieniami, walką, którą musiała toczyć. Kobieta o ciemno-brązowych włosach i prawdziwie matczynym spojrzeniu. Czerwony sweter podkreślał jej piwne oczy. Uśmiechnęła się z ulgą.
- Alexa! Tak bardzo się martwiliśmy…- powiedziała moja matka rzucając się na klęczki i obejmując mnie ciasno, aż brakło mi tchu. Milczałam. Co im miałam powiedzieć. Zwykłe przepraszam nie wystarczało. Już nie.
Usłyszałam, na początku niewyraźne, a potem głośniejsze zawodzenie syreny karetki pogotowia Ludzie są tacy nie ostrożni, powodują tyle wypadków. Ale karetka zatrzymała się obok nas. A, więc to tak. Stara śpiewka.
- Gdzie byłaś, Alexa?- zapytała matka. Oderwałam wzrok od pojazdu i wysiadających z niego mężczyzn w białych kitlach.
- Szukałam go, szukałam go.. A on nic nie mówił. – odpowiedziałam mało składnie. Miałam sucho w ustach. Każde słowo wypowiadałam z trudem. Podszedł do nas starszy pan ubrany na biało z mnóstwem siwiejących włosów i niskim, nieprzyjemnie chropowatym głosem, który mnie drażnił. Wiedziałam kim on jest.
- Możemy?- zapytał. Pytanie nie było skierowane do mnie.
- Proszę nie..- jęknęłam..- Nie. Ja muszę go znaleźć. On mnie potrzebuje. – błagałam.
- Alexa, to dla twojego dobra. – wyszeptała moja matka ostatni raz mnie przytulając. Zaczełam płakać. Nie chciałam tam być. Moje miejsce było przy jego boku, nie tam.
Czułam ostre szarpnięcie, gdy wyrywali mnie z objęć matki.
- NIE!- wrzeszczałam. – Mamo..
Oni się nie przejmowali. Moja matka zaczęła płakać, ale nie interweniowała.. Coś powiedziała, zabrzmiało to jak „ Wszystko będzie dobrze”, ale ja wiedziałam, że nic nie będzie dobrze. Nigdy nie jest.
- Niall! Niall nie pozwól im! – krzyczałam, ale jego ty nie było.
Czy ja go jeszcze kochałam? Wszystko wskazywało na to, że tak. Czy on mnie jeszcze kochał? I tu, wszystko wskazywało na to, że nie.

**

Siedziałem na kanapie obgryzając paznokcie. Oddychałem głęboko. Jeszcze niedawno grałbym na gitarze, na play’ u, robił cokolwiek, ale nie miałem siły. Strach i stres mnie po prostu zżerały. Jak dawno jej nie wiedziałem? Dwa tygodnie? Tak, chyba tak.. Tak strasznie mi jej brakowało. Wiedziałem jednak, że nie mogę z nią być. Lekarz powiedział, że najlepiej dla niej by było, gdybym odszedł. Ona chciała wyzdrowieć, a ja jej to uniemożliwiałem. Miałem wrócić, jak wyzdrowieje. Najgorsze jednak było, że ona nigdy nie miała być zdrowa. Mogła mieć jedynie zanik choroby, która w każdym momencie mogła się obudzić. Jej życie miało być uzależnione od małych, niebieskich tabletek.
Schizofrenia. Tyle jest jej rodzajów, a ja nawet nie wiedziałem, jaką ma ona. To i tak nie miało znaczenia. Była chora, a ja nie mogłem jej pomóc, choćbym nie wiem jak chciał. Krzyk wydzierał mi się z piersi, ale skutecznie go tłumiłem. Czekałem na jakikolwiek znak o niej. Czy ma się dobrze? Czy objawy ustąpiły? Nic. Tylko czekanie.
- Niall, chłopie, może byś się ruszył? Zapomniał na chwilę.. – zaproponował rzucając się obok mnie na kanapę Harry.
- Ja nie chcę zapomnieć. – odpowiedziałem, może trochę za ostro. Harry skulił się w sobie i podniósł ręce w obronnym geście, jak suka kładąc się na plecy, by nie zostać pokąsana przez samca.
- Przepraszam. Nie jestem sobą. Strasznie się o nią martwię. – wyjaśniłem.
- Zrozumiałe, ale nic nie możesz zrobić, Niall. Alexa musi sama sobie z tym poradzić, są też lekarze.
- Wiem, ale cały czas zdaje mi się jakby ona  mnie potrzebowała, oparcia, miłości. Kto jej ma to dać? Poznałeś jej rodziców.. – Harry pokiwał głową. Jej rodzicie, byli strasznie mili, ale zdawałoby się, że robią wszystko by się jej pozbyć, by nie wystawiać się na wstyd. Szczególnie jej ojciec. Kochali ją, to oczywiste, ale zdanie sąsiadów było ważniejsze od własnej córki.
Zadźwięczał telefon. Szybko wyciągnąłem go z kieszeni roztrzęsionymi rękami. Wypadł mi na kanapę. Złapałem go zanim jeszcze dotknął miękkiego obicia i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
Stałem i słuchałem jak jej matka do mnie mówi. Byłem całkowicie otępiały.
- Już jadę. – rzuciłem. Jej matka zaprotestowała, ale ja zdążyłem się rozłączyć. Harry popatrzył na mnie pytająco, unosząc się z kanapy, gotowy mnie zawieźć.
-Alexa, jest w szpitalu. Jej matka mówi, że szukała..- zawahałem się.
- Czego, do cholery, Niall? – powiedział zdenerwowany Harry.
- Mnie. – wyszeptałem.
- No to na co czekasz!- ryknął Harry. W biegu wciągałem buty.

- Jak to nie wejdę?!- wydarłem się do pielęgniarki pracującej na recepcji. – Ona mnie potrzebuje.
- Alexe May przywieziono do nas dzisiaj rano w stanie niezadowalającym i na razie tylko najbliższa rodzina może ją odwiedzać. Proszę spróbować za kilka dni. – powiedziała kobieta cierpliwie. Żachnąłem się.
- Nie, nie za kilka dni. Ja muszę się z nią teraz zobaczyć. Ona mnie szukała!
- Tym bardziej, nie jest to wskazane. Do widzenia.-rzekła stanowczo i wróciła do rytmicznego stukania w klawiaturę. Harry chwycił mnie za ramię.
- Nic nie wskóramy. – powiedział zrezygnowany. Mnie roznosiło, nie chciałem się z nim zgadzać, ale musiałem. Ona była tam sama, potrzebowała mnie, a oni mi nie chcieli pozwolić nawet się do niej zbliżyć. To było niesprawiedliwe.

***

Znów tu trafiłam. Białe ściany, nie pierwszej świeżości. Czułam się jak w klatce, w pokoju, gdzie nawet ściany były miękkie, a łóżka obramowane żelaznymi ramami, do których w każdej chwili mogli mnie przywiązać. Na korytarzu unosiły się jęki, zawodzenia, krzyki i płacz innych pacjentek w moim wieku. Dlaczego tu trafiłam? Oczywiście, byłam chora. Zdawałam sobie z tego sprawę, wiedziałam też, że gdybym nie wyszła z domu i nie miała ataku paniki nie skończyło by się to w szpitalu dla obłąkanych.
Szpital psychiatryczny moje drugie mieszkanie. Spędzałam tu większość czasu, gdy się buntowałam i nie brałam tabletek. Dlaczego ich nie brałam? Och, jakie to proste. Miałam już tego dość. Nigdy nie wiedziałam kiedy spadnie na mnie kolejny atak, a tak przynajmniej mogłam zatopić się w moim małym świecie, siedzieć godzinami przed telewizorem, leżeć w łóżku bądź cokolwiek i nie kontaktować. Nie odzywać się, nie ruszać, rzadko mrugać i hasać z jednorożcami po tęczy w mojej rzeczywistości dopóki ktoś mnie z tego nie wyciągnął. Najczęściej byli to lekarze. Trafiałam wtedy na długie tygodnie, bądź dni do szpitala, gdzie już rozpoznawałam wszystkie pacjentki. Jak tu ktoś trafiał to nie wychodził, ja jako nieliczna miałam to szczęście, że zdawałam sobie sprawę ze swojej choroby i mogłam co jakiś czas opuścić szpital, ale potem znów przestawałam brać tabletki łączące mnie z rzeczywistością każdego normalnego człowieka i znów tu trafiałam. Nie miałam tu przyjaciół, znajomych, czy koleżanek. Nikt ich tu nie miał. Te dziewczyny były naprawdę biedne. I tu było moje nieszczęście. W chwilach powrotu do życia musiałam na to patrzeć, na te łzy, krzyki, seplenienie i mnóstwo brudniej pościeli. Siadałam wtedy w kącie i cicho łkałam. I tak byłam psychopatką, wolno mi było.
Ten wiecznych hałas rozdarł przejmujący krzyk. Korytarzem przebiegło dwóch sanitariuszy. Wiedziałam, co czeka „niegrzeczną” pacjentkę. Przywiązanie do łóżka w izolatce pod ciągłą obserwacją. Po korytarzu rozniósł się ostry zapach moczu. Przeszła pielęgniarka z wiadrem i mopem. Codzienność.
Siedziałam w swojej celi na łóżku z podwiniętymi pod brodę nogami. Ktoś wszedł przez otwarte drzwi. Dziewczyna miała może tyle lat co ja, osiemnaście. Kiedyś musiała być ładna, teraz niezbadana. Ubrana w stare dresy, potłuczona przez wieczne obijanie się o ściany, czy też samookaleczenie, śmierdząca moczem i potem. Włosy związane w luźnego kucyka. Coś do mnie mówiła, ale nie rozumiałam, czegoś chciała. Zaczęła krzyczeć. Zatkałam uszy i głębiej wbiłam się w swoje kolana, dziewczyna mnie szarpnęła.
- Zabierzcie mnie stąd! – wrzasnęłam. Do pokoju wleciało dwóch sanitariuszy, którym nie zazdrościłam roboty i zabrali szamoczącą się dziewczynę.
- Czego chciała ta świruska? – zapytała wchodząca do pokoju ciemno- włosa dziewczyna. Chyba gotka. Tu jednak nie miała jak trzymać swojego stylu. Zostały jej tylko czarne, dobrze wycieniowane włosy, czarne ubranie i czarna szminka do ust. Na nadgarstkach miała bandaże. Wiedziałam, że nazywa się Carol. Była tu jedyną normalną, jeżeli ktokolwiek miał tu być normalny.
- Nie wiem.- odszepnęłam. – Nie chcę tu być.
- Nikt nie chce, ale spokojnie, przyzwyczaisz się. – pocieszyła mnie dziewczyna. Musiała tu siedzieć już długo, aczkolwiek po jej świeżych bandażach wynikało odwrotnie. Na pewno próbowała popełnić samobójstwo, tu jednak o takich rzeczach się nie mówiło.
- Nie chcę się przyzwyczajać. Czekają na mnie. – dziewczyna parsknęła.
- Kto?
- On. Nie, on mnie nie kocha. Nie kocha mnie. Byłby tu.- jęknęłam. Dziewczyna popatrzyła na mnie ze współczuciem.
-Faceci, to potrafią człowiekowi spieprzyć życie. – powiedziała podnosząc ręce, by pokazać swoje nadgarstki. Pokiwałam głową i schowałam ją między kolanami. Dziewczyna opadła na łóżko naprzeciwko, które zajmowała od czasu kiedy tu przyszłam.
Tak bardzo chciałam, żeby ktoś mnie odwiedził, ale wiedziałam, że odwiedziny są tylko o wyznaczonych godzinach, które już minęły. Musiałam, więc sama przeżyć noc w tym zakładzie dla obłąkanych. A wystarczyło wziąć tabletki.
****

Pięć dni. Pięć dni starczyło by mnie ustabilizować. Obeszło się, bez ataków z moje strony, i utraty świadomości. Dali mi kilka fiolek, ”Bierz, a wszystko będzie w porządku” Nigdy nie jest w porządku. Powtarzałam to jak mantrę. Nikt mnie nie odwiedził. Moi rodzice, owszem, przychodzili na godzinę, by zostawić najpotrzebniejsze rzeczy i posiedzieć ze mną zapewniając mnie, że teraz będzie oky, tylko muszę się pilnować. Nie wierzyłam im.
On jednak nie przyszedł. Nie pojawił się w rzeczywistości, za to figurował w moich snach, jako bardzo ważna, wręcz kluczowa postać. Tak za nim tęskniłam. Czy to już miał być koniec? A tak zapewniał, że mnie kocha. Czy to wszystko było kłamstwem? Czy może on już stracił zainteresowanie? Nie chciał mieć psychicznej dziewczyny. Wiedziałam, że nigdy nikogo już nie pokocham, że nikt mnie nie pokocha. Wszyscy traktowali mnie jak trędowatą, jak wyrzutka, którym byłam. Tylko nie on, ale jego już nie było.
Słońce właśnie zachodziło, gdy wysiadałam z czerwonej toyoty yaris moich rodziców. W ręku trzymałam pudełko z wszystkimi rzeczami, które miałam, ze sobą w szpitalu.  Moja matka poczekała na mnie w progu, gdy wchodziłam do zimnego, obcego budynku. Mojego domu. Chwyciła mnie za ramię.
- Wszystko będzie dobrze. Będziesz brała tabletki, siedziała w domu i polepszy się. – powiedziała chcąc mnie pocieszyć, ale nie poskutkowało.
- A nie mogłabym normalnie żyć? Chodzić do szkoły?- zapytałam.
- Nie jesteś na to gotowa.
- A skąd ty możesz to wiedzieć? – zapytałam prychając jak niezadowolona kotka.
- Alexa, zrozum, że się o ciebie martwię. Sama widzisz co się stało, gdy ostatnio wyszłaś.
- Nie wzięłam tabletek. Poza tym, ty się martwisz tylko o siebie, i o to co sąsiedzi powiedzą.
Nie chciałam być ostra dla matki, w domu naprawdę bardzo mi pomagała, ale z drugiej strony też bardzo mnie ograniczała. Jakbym miała normalne życie widziałabym sens brania tej niebieskiej rzeczywistości, a tak.. Po co.
Weszłam do domu. Pachniało czystością i pieczonym kurczakiem. Przecisnęłam się z pudłem przez ciasny korytarzyk nie zwracając uwagi na wiszące na ścianie zdjęcia z mojego dzieciństwa. Otworzyłam, białe, drewniane drzwi na końcu korytarza i znalazłam się w moim przytulnym schronieniu, azylu. Pomarańczowe ściany, nie białe, w oknach nie było krat, a łóżko choć małe to miękkie , metalową ramę zastępowało drewniane wezgłowie. Kilka szafek i moje prywatne przedmioty. Ściany oblepione plakatami, lustro zdjęciami. Podeszłam do swojego odbicia i patrzyłam na tkwiące przymocowane do ramy zdjęcia. Niall. Niall śmiejący się, obejmujący mnie. Nie mogłam uwierzyć, że mnie opuścił. Tak bez słowa. A ja go nie mogłam znaleźć. Teraz bym trafiła, ale teraz duma mi nie pozwalała. To miał być koniec. Po policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Moje motto znów nabrało znaczenia: Krwawię cicho żyjąc.*
Przebrałam się w wygodne stare jeansy, które podwinęłam przed kolano i szarą bluzkę na ramiączkach, na którą zarzuciłam niebieski sweterek, na głowie zawiązałam bandanę, która skutecznie podtrzymywała mi włosy. Wzięłam słuchawki z odtwarzaczem leżące na biurku. Pogoda była idealna, by posiedzieć na dworze. Słonce już zachodziło, ale to mi nie przeszkadzało, mogłam pomyśleć. Tyle dni spędziłam uwieziona, że teraz wręcz łaknęłam świeżego powietrza.
- Alexa, kolacja.- powiedziała moja mama wchodząc, gdy ja już łapałam za klamkę.
- Zjem później. – powiedziałam.
- A tabletki?
Podążyłam za nią do jasnej, czarno- białej kuchni ślizgając się po kafelkach. Moja codzienna porcja normalności już była przygotowana. Połknęłam ten mój rozjaśniacz i wyszłam do ogrodu.
Zachłysnęłam się świeżym powietrzem i objęłam się rękami siadając na mało wygodnej drewnianej ławeczce. Włożyłam słuchawkę do ucha. Poleciały pierwsze dźwięki.. Ale przecież odtwarzacz miałam jeszcze wyłączony, dla pewności spojrzała na ciemny wyświetlacz. Wyciągnęłam słuchawkę i wsłuchałam się w płynącą muzykę. Brzmiała tylko jedna akustyczna gitara, na której grał chłopak wychodzący zza żywopłotu.
- Alexa..- szepnął. Odłożyłam sprzęt i wstałam zaskoczona,
- Niall?
-Wróciłaś..- powiedział i wpadł na mnie z impetem. Porwał mnie w ramiona i mocno przytulił, głaszcząc po głowie. – Tak się martwiłem, nie pozwolili mi ciebie odwiedzić. Już wszytko w porządku? Teraz będzie dobrze.
I uwierzyłam mu.
- Jesteś kolejną halucynacją? – zapytałam nieśmiało wplatając palce w jego włosy. Nie był kartonowy. I patrzył na mnie z czułością.
- Nie. Jestem tu i kocham cię. Tak strasznie się bałem, ale już koniec. Razem przez to przejdziemy, wiesz?
Pokiwałam głową. Drugi raz tego dnia po policzku płynęły mi łzy. Tym razem, ze szczęścia. Tak bardzo mi go brakowało. I tak nagle się zjawił, jak grom z jasnego nieba, jak spadające na ziemnie żołędzie. Zaskoczył mnie całkowicie.
- Mam coś dla ciebie. – powiedział. Spojrzałam pytająco. Niall podniósł gitarę. Usiedliśmy na ławce. Popatrzył mi w oczy.
- Usłyszałem to kiedyś z tobą.. Nie wiem, czy pamiętasz, ale sądzę, że to mówi wszystko, co chciałbym ci powiedzieć…- I zaczął grać, dźwięki pieściły moje uszy, jak najpiękniejsza melodia, bo była to dla mnie idealna ,melodia, a słowa wyryły się w moim sercu, jak wyryte na drzewnie symbole miłości. Niall śpiewał patrząc mi głęboko w oczy.
The world is ugly
But you're beautiful to me
Are you thinking of me?
like I'm thinking of you

I would say I'm sorry
but I really need to go
I just wanted you to know

There's an aching in my heart
And there's a burning in my eyes
I could get a new start
But I rather not try
I could find a new place
Maybe where no one knows my name
But I think its just the thing**

Brakło mi słów.
- Ja nie zważam na to, że jesteś chora. I tak jesteś piękna, Kocham cię i chcę cię wspierać w tych trudnych chwilach. – powiedział.
- Znasz moje motto?- zapytałam wiedziałam, że zna. Pokiwał głową.
- Teraz Żyję cicho krwawiąc.* Kocham cię Niall.
I nic nie mogło przerwać tej chwili, moich snów, które się właśnie spełniały. Wierzyłam mu, że będzie wszytko dobrze. Nikt i nic nie mogło tego zepsuć. Nawet moja mama przyglądająca się nam  zza firanki. 

***

Czasem kochamy nie zważając na chorobę i wady drugiej połówki. Okazujemy jej to, choć może się wydawać inaczej... Tak mnie naszło, pisałam to cały dzień pragnąc wam to jakoś przekazać, nie wiem czy mi się udało, ale nie mogę sobie zarzucić, że nie próbowałam. Może to jest i najgorsze, ale zawsze coś. Przepraszam, za słaby dialog na końcu, ale nie umiałam tego ubrać w słowa, trochę się gubiłam. Przepraszam też, ze w tych jednoparach jest szczęśliwe zakończenie, (za to można przepraszać), jakoś się nie mogę zmusić do dowalenia i tak już wzgardzonym przez życie i przeze mnie postacią, które tworze takie biedne. Co innego w opowiadaniu.; ) 

Specjalnie dla Natalii, która prosiła, o coś o Niallu. Mam nadzieję, że ci się choć trochę podoba.  
Jak ktoś będzie miał pytania, coś jest niezrozumiałe, to proszę w komentarzu.; )
Liczę też na wasze liczne opinie. Dziękuję za wszytko. Za te odwiedziny nawet kiedy tu jakiś tekst tak rzadko się pojawia. 

Pozdrawiam.!
H.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Zaproszenie i niespodzianka.!

Dwa tygodnie temu zaczęłam współprace z Edith i wyszedł efekt.!
Mam nadzieję, że nie macie mnie już dość i skusicie się na ten owoc naszej współpracy. Opowiadanie z dwóch punktów widzenia. Porywające? Może. Zaskakujące? Może. Emocjonujące? Może. To już same musicie ocenić. 
Inny pomysł, realne i piętrzące akcję z odcinka na odcinek, by wreszcie wybuchnąć z dwojaką mocą. Rozwija relacje idealnie w tępo, sprawiając wrażenie normalności. Daje dwa obrazy, dwie sylwetki o złożonych charakterach, które warto poznać. 
Nie zanudzam. Sami musicie sprawdzić.
Zapraszam serdecznie!

Pozdrawiam.!
H. 

sobota, 21 kwietnia 2012

Jednopart 4

Dzisiaj napisałam coś dla was z serca. Starałam się byście naprawdę mogły poznać bohaterkę, poczuć jej rozterki. Z góry, więc przepraszam za błędy stylistyczne.

Enjoy!


Gonitwa.

„Nie!” Wydarłam się w myślach ściskając zęby. Dlaczego znów to samo? Już nie mam siły. Świat staje się przeźroczysty, nic mnie nie interesuje. Opadam na miękki fotel i mam ochotę nigdy się nie podnosić. To jest bezsensu. Życie jest bezsensu. Czemu wszystko co złe zawsze mnie spotyka? Czemu nie potrafię się temu przeciwstawić? Jestem wystawiona na ciągłe poniżanie, upokorzenie, czy po prostu zwykłą odmowę tak trywialnych rzeczy.
Od małego wychowywana byłam w przekonaniu, że jestem ładniutka, świat stoi przede mną otworem, mogę wszystko. I wierzyłam w to. Dopóki życie nie zaczęło mnie kopać po dupie i uniemożliwiać mi wszystko do czego tyle czasu dążyłam. Każda nawet najmniejsza rzecz, której naszykowałam miejsce w moich myślach, w mojej rzeczywistości spalała na panewce lub po prostu obracała się przeciwko mnie. A ja spinałam pośladki i wierzyłam. Jeszcze raz, jeszcze jeden, może tym razem. A guzik. Wkrótce przekonałam się, że nie jestem wyjątkowa, inna. Jestem jak każda nastolatka zagubiona w moim małym, egoistycznym świecie postawionym na bardzo płytkich, słabych i codziennie na nowo walących się fundamentach. Na podstawie, która musiała ulegać zmianie w procesie dorastania, by w końcu ukształtować się w i tak chwiejny światopogląd, który mimo wszystko zawsze mógł runąć, gdy tylko zmierzę się z czymś większym, doświadczę niemożliwego.
Długo żyłam w przeświadczeniu, że jestem jak każdy z dnia na dzień wmawiając sobie, że jest to prawdą. Tak bardzo chciałam wierzyć, że wszyscy są sobie równi, że ja jestem lubiana, kontaktowa, otwarta na świat, gdy coraz bardziej kryłam się w mojej ciemni.  Aż przyszedł ten moment. Przełom, na który czekałam tyle lat. Wejście w dorosłości, które całkowicie mnie złamało. Z mojego dotychczasowego życia, myślenia zostały zgliszcza, tlący się żar i popiół po trosze rozwiewany przez zwiastujące burze porywiste wiatry.
Pamiętam ten dzień jak dzisiaj, gdy usiadłam na kanapie w salonie, bez podniosłego nastroju, mistycznej atmosfery, tak zwykle, jak codziennie i dopadła mnie ta straszna myśl, która zagnieździła się w moim umyśle, wykopała sobie tunel, siedzibę i jak smok porwała wszystkie moje ideały kryjąc je w najgłębszych odmętach mojego umysłu, do których nie miałam dostępu. Uświadomiłam sobie, że całe moje życie, było serią niepowodzeń interpretowanych na opak. Nie byłam już zwykła nastolatką, tylko dorastającą kobietą patrzącą obiektywnie, na to co działo się przez tyle lat. Z wmawiającej sobie i wszystkim dziewczynki przepoczwarzyłam się w kobietę szukającą miłości, a wiedzącą, że jej nie znajdzie z powodu swojego snobizmu, egzaltowania i jednocześnie artystycznej duszy zaklętej w normalność. Zaprzestałam, więc szukania. Popadłam w skrajne otępienie i chęć spokoju. Wiecznego spokoju, bym nie musiała nic. Miałam ochotę tylko leżeć i egzystować, wszystko stało się obojętne, a wykonywanie czynności życiowych ciężkie i nieprzyjemne. Nie czerpałam z życia nic ponad stan. Nic nie odczuwałam, melancholijne otępienie zżerało mnie od środka, ale nawet tego nie czułam. Przecież to i tak nie miało znaczenia.
Kolejne dni, tygodnie, lata ciekły mi przez palce, a ja się nie obracałam, nie patrzyłam na przód. Olewałam ludzi, przeżycia, uczucia, spojrzenia. Wszystko co mnie otaczało. Nie czułam nic i tak egzystowałam z dnia na dzień, by po jakimś czasie wydobyć z siebie coś co miało mnie przytrzymywać przy życiu, którego nie mogłam skończyć z powodu mojej słabości, na którą nie miałam siły nic poradzić. Rzeczą, która miała mnie trzymać na granicy świadomości z rzeczywistością była ciągle rosnąca we mnie nadzieja i marzenia, które nigdy miały się nie spełnić. Marzenia, które zaczynały zajmować większość mojego życia, mojego czasu. Były ze mną wszędzie, nie pozwalały się na niczym skupić i rozpraszały mnie każdym kroku. Stałam się osoba zamkniętą w sobie, mój umysł i moja wyobraźnie zniewoliła mnie doszczętnie, rzeczywistość nie miała racji bytu, była mi całkowicie obojętna. A najgorsze było to, że marzenia przynoszące mi choć trochę ukojenie zabijały mnie. Czyniły mnie swoim sługą, zabrały i tak dawno nie doświadczoną radości i wprowadziły mglistą zasłonę na rzeczywistość. Istniałam tylko w jakimś równorzędnym świecie zakłócanym przez istniejący.
Nic nie mogło mnie wyciągnąć z mojego stanu, nawet przyjaciele, którzy tak naprawdę nie byli moimi przyjaciółmi. Istnieli obok mnie i przyjmowałam ich obecność, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Ważne było, żeby wszystko było dobrze, więc nie wychylałam się, nakładałam na twarz szara maskę obojętności zabarwianej uśmiechem i kiepskimi żartami. Nikt nie mógł sięgnąć do mojego wnętrza, nawet moi najbliżsi, którzy w gruncie rzeczy nawet nie próbowali. Przyjmowali z zadowoleniem moją fałszywość i starali się wierzyć, ze to ja. A ja dążyłam do tego by ich utrzymywać w tym przekonaniu, przecież nikt nie lubi wrednych, egzaltowanych osób, które właściwie żyją w innym świecie. Niestety jednak, a może na szczęście moje drugie „ ja „ dochodziło do głosu i próbowało się uwolnić z okopów mojej woli. Zabijałam je w zarodku, lecz kiedy się zapomniałam to po prostu odlatywałam na skrzydłach Ikara, by potem spaść na twardy grunt.
Moim drugim zabójcą była nadzieja, którą codziennie pielęgnowałam. Nadzieje, na opuszczenie okopów i ciemniej strony mojego umysłu i wydostanie się, czerpanie radości z życia. Zaczełam wierzyć w przeznaczenie i los. Wtedy dopiero poczułam jak stalowa klinga zatapia się w moich wnętrznościach. Los nie istniał, przeznaczenie to bajka, w którą mimo samego pojęcia wierzyłam. Sama się z tego śmiałam, to tak jakbym wierzyła w Kopciuszka, ale miałam prawo. Niektórzy ludzie wierzą w Boga, ja wierzę w koło Fortuny. Nieobliczalnej, zimniej stalowej, zmiennej. Z czułością zajmowałam się moją wiarą, ze świadomością, że los to my. Że jeżeli sama nie chwycę byka za rogi, to nic się nie zdarzy. Tłumaczenie sobie, że to przypadek, że przeznaczenie czeka na mnie za rogiem było po prostu głupie. To ja miałam moc sprawczą, jeżeli czegoś bardzo chciałam mogłam za tym gonić, łapać, choć i tak to do czego tak dążyłam miało mi uciec. Zabawę stanowi gonitwa zajączka, a nie złapanie go, bo gdy już go złapiemy to chcemy więcej i gonimy za nim jak za najcenniejszym lisem.
Tak, więc przestałam, przestałam gonić i łapać. Trwałam biernie czkając na mój los, który wyczekiwał mnie. I tak zamykało się błędne koło mojego życia. Z dnia na dzień moja depresja rosła, a siły witalne i chęć do pracy, zmian malała. Mogłam się tylko przyglądać szczęśliwym ludziom z mojego okna i czekać na śmierć, która miała mnie od tego wszystkiego uwolnić. Przestałam już czekać na przełom w moim życiu, choć cały czas tliła się nadzieje, że on nastąpi. I to mnie najbardziej gnębiło. A ostrze coraz bardziej się zatapiało.
I wtedy.. Powinien przyjść ten moment kiedy Fortuna się odwraca, jednak to nie jest takie łatwe porzucić wszystkie przyzwyczajenia, myśli i spojrzeć w oczy pani, na która się tyle czasu czekało. Bałam się i zaciskałam powieki, mimo, że ona mnie kusiła, prowokowała. Byłam nieugięta.
Był to dwudziesty drugi rok mojego bezsensownego życia. Osiągnęłam już bardzo wiele, choć tak naprawdę wolałam być pustelnikiem niż trwać w tym bezdusznym systemie społecznym, który mówił mi co mam robić. Czułam się przez to jak młoda buntowniczka, dla której bunt jest tylko czystym sprzeciwem nie popartym żadnymi racjonalnymi argumentami. Jednak mimo duszy punka cały czas tkwiłam w tym zakuwającym mnie w kajdany systemie, bo co innego miałbym robić?
Był dwudziesty drugi kwiecień, gdy dostałam wiadomość, że mam wyjechać na praktyki do Londynu. Ładna, młoda, dobrze wyglądająca i obiecująca prawniczka miała się idealnie sprawdzić na praktykach u prawnika gwiazd. Powinnam się cieszyć z takiej wiadomości, ale nie miałam jak. Spadające kamienie sprowadzały moje myśli na właściwy tor. To tylko kolejny szczebel w drabinie systemu każącego mi się po niej wspinać. Ale pojechałam. Musiałam. Z niechęcią, i świadomością przegranej z samą soba pojechałam by spotkać się z wysokim, wyniosłym mężczyzną w idealnie skrojonym garniturze. Jego zimne niebieskie oczy spoglądające znad grubych, modnych okularów i usta złożone w cip wyrażały pogardę dla społeczeństwa i obojętność. Wydawało by się, że jest moją bratnią duszą, ale John Brown był tylko zapatrzonym w siebie egoistą z klasy wyższej.
- Praca. Pracą wszystko osiągniesz, więc na co czekasz. Podwijaj rękawy. – mawiał gdy ja zatapiałam się w swoim świecie. On zawsze boleśnie ściągał mnie na ziemię. Pokazywał mi inne aspekty życia, ale nie pomagał mi. Dalej czekałam na to coś co się miało nie wydarzyć.
- Sophie, poznaj One Direction, naszych klientów. – powiedział kiedyś przedstawiając mi pięciu młodych chłopców. Każdy z nich był niewątpliwie przystojny, ale nie to mnie najbardziej zajmowało. Płynęła z nich siła witalna, radość z życia i zadowolenie. Czułam się jak wampir spijający z nich każdą krople tego życiodajnego zachowania, która była dla mnie jak lekarstwo o bardzo krótkim działaniu.
- Sophie Ostrowska. – przedstawiłam się rozkoszując ich niewinnością i naiwnością. Każdy ich śmiech doprowadzał mnie do mrowienia, ekstazy. Chciałam przy nich być. Obudziły się we mnie inne, nieznane rządze.

One Direction próbowało mnie zmienić. Wprowadzić w moje życie radość. I prawie im się udało. A przynajmniej jednemu. Prawie.
Najbardziej zakręcony, łapiący życie wielkimi haustami i czepiący ile się tylko da. Louis Tomlinson wziął mnie pod swoje skrzydła. Zadbał o mnie pokazał mi świat z lepszej strony, obudził chęć do życia, która tliła się malutkim płomieniem przez długi czas by następnie zostać ugaszona, zdeptana. Dostęp powietrza został odcięty i zaczełam się dusić. Świat znów przybrał szare barwy, a oczy przestały patrzeć. Nie widziały szczęścia, nieszczęścia były puste. I on znów wrócił, i znów rozpalił ogień pożądania w moim martwym ciele. Pożądania słońca, światła, celu.
- Patrz!- mawiał – To słońce, nasz cel. Razem tam dolecimy. A teraz uśmiech, słoneczko.
Uśmiechałam się wtedy mimo woli, a moje serce zyskało nową, miodową otoczkę.
Raz się mnie zapytał wprost. Zadał pytanie wytracające mnie z równowagi, szokujące, na które nie miałam przygotowanej odpowiedzi. Był tylko impuls.
- Czego ty właściwe szukasz?- zapytał gdy leżeliśmy w moim małym pokoiku, blisko siebie. Louis głaskał mnie po głowie.
- Miłości. – odpowiedziałam spontanicznie. Ręka Louisa stanęła, napiął wszystkie mięśnie i zaczął ciężko oddychać. Już po chwili był przy drzwiach.
- Myślałem, że już znalazłaś. – powiedział i to było ostatnie zdanie jakie słyszałam z jego ust. Zraniłam go. A siebie? Ja nic nie czułam. Już dawno pozbyłam się tych zmysłów, tej partii mózgu, która odpowiadała za uczucia. Byłam zdziwiona zachowaniem Louisa. Czego on ode mnie oczekiwał? Znał mnie, wiedział na co może liczyć. Zaczełam jego obarczać całą winną. To przecież on posunął się za daleko w uczuciach, nie ja. To były moje pierwsze myśli. Potem tylko spalałam się. Ponownie zamknęłam swoje okno na świat, i czułam się jakbym z zewnątrz obserwowała jak znów zmieniam się ...w siebie?  Słońce już nie było dla mnie jasnością, zgasło. Ptaki przestały śpiewać, a ja wpadłam w czarną otchłań, której wyjście odeszło. Byłam to tego przyzwyczajona, ale jak nigdy zaczynało mi to przeszkadzać. Poczułam smak szczęścia i chciałam jeszcze, zaczełam cierpieć. Jak zawsze wszystko przyjmowałam z obojętnością tak wtedy zaczełam odczuwać ból. A może nie ból.. Wszechogarniający paraliż.
I właśnie w tym momencie. W czasie mojego największego załamania dostałam wiadomość, która powinna na mnie nie wywrzeć wrażenia, a zrobiła ogromne. „Wracasz do Polski”. Treść listu mnie przeraziła i zdrętwiałam. Powróciło pytanie czemu nie potrafię się temu przeciwstawić?
Pierwszy raz w życiu zapłakałam. Płakałam ze swojej bezradności, ze stanu w jakim znajdowałam przez ostatnie lata, z tego co zostawiłam. Zauważyłam, że gonitwa się jeszcze nie skończyła. Ona zaledwie została przerwana. Wszystko zależało ode mnie. Musiałam tylko znaleźć w sobie wystarczające siły, by wstać z fotela i ruszyć na przód ze swoim życiem. By słonce znów zaświeciło.
Tylko czy było mnie jeszcze na to stać.
Poderwałam się z fotela i pobiegłam do drzwi. Wyleciałam z domu jak stałam, by tylko dotrzeć do biura Browna.
- Gdzie jest One Direction?- zapytała wkraczając do kancelarii mojego byłego przełożonego.
- Czy ty nie masz za chwilę samolotu?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Zaczęłam się niecierpliwić.
- Ratuję siebie. – odpowiedziałam.
- No w końcu!- zakrzyknął John Brown najbardziej zgorzkniały i nieczuły człowiek jakiego znam. Podał mi adres. Po niedługim czasie mogłam zobaczyć zaskoczoną twarz Louisa
- Niech moje słońce znów zaświeci. – powiedziałam bez wstępu. Lou był poważny jak nigdy.
- Jesteś gotowa na zmiany?- zapytał. Twierdząco, energicznie pokiwałam głową.
- Wiem czeka mnie dużo pracy i to nie będzie łatwe, ale ja znów chcę widzieć kolory. Naucz mnie żyć.
Louis jeszcze przez długą chwilę stał poważnie milcząc. Czułam, że to już koniec. Przyszłam za późno.
- Czego szukasz?- odezwał się.
- Ciebie. – odpowiedziałam bez wahania, po czym Louis wpił się w moje usta i znów mogłam doświadczyć szczęścia. Pojawiły się pierwszy raz w moim brzuchu malutkie motylki, które zaczęły razem wypychać tkwiące tam ostrze.
Teraz czekała mnie droga do zdrowia. Trudna, poorana koleinami losu, niebezpieczeństwami. Miałam jednak obońce, który strzegł mnie przez wszystkim co mogłoby mnie cofnąć. Z dnia na dzień coraz łatwiej było stawać się normalną. A wiecie co jest najlepsze? To, że nigdy nie stałam się normalna. Doświadczyłam tylko zjawiska akceptacji. Louis kochał mnie taką jaką byłam, przez co ja sama pokochałam siebie. Było to dla mnie trudne, ale nie niemożliwe. Nigdy nie porzuciłam gorzkich myśli, tylko Lou je skutecznie zasłaniał i przeszkadzał im zaistnieć. To on teraz świecił jasno. Było moim słońcem i szczęściem. Znalazłam to na co tyle czekałam, i czego miałam nie znaleźć. Otworzyłam oczy, by spojrzeć w twarz kuszącej mnie Fortunie, przed którą tyle się broniłam. W jej oczach zobaczyłam swoje drugie, lepsze odbicie. Wielka gonitwa dobiegła końca. 

***

Jak wam się podoba? Mam nadzieję, że bohaterka nie jest aż tak przytłaczająca. Jest może troszkę inna, ale w sumie całkiem podobna do reszty. Tak naprawdę sama nie wiem co mam sądzić o tych moich urojeniach. 

Dziękuję za odwiedziny. Tajwan, Brazylia, Ameryka Południowa, Skandynawia.. i wiele państw europejskich..Po prostu leże. I za magiczne ponad 32 tys. ; ) Jesteście niesamowici. 

Pozdrawiam! 
H.

PS. braterstwo1d.blogspot.com Moje nowe wypociny. Całkowicie gorsze od tego co było tutaj. 

czwartek, 12 kwietnia 2012

INFO!

Dzień dobry..;)
Chciałabym wam oznajmić, ze dzisiaj stworzyłam nowego bloga! Tak! W końcu..;)  Dzisiaj dodam prolog i zobaczmy jak to się potoczy.. Od razu oznajmiam, że wizerunkowo nie jest jakiś piękny, bo blogspot zmienił mi panel i na razie nie ogarniam.;)
Jeżeli dużo z was będzie go czytać to nie usunę i zabiorę się za pisanie " na poważnie".:)
Zachęcam więc do odwiedzin.. Co do tego bloga to będzie tu jeszcze kilka jednopartów!
Zapraszam.!
Pozdrawiam. 
Wasza H. 
http://braterstwo1d.blogspot.com/ 

A oto spoilery!

Coś się skończyło. Kiedy już się traci nadzieję rozbrzmiewa telefon. I stacza się człowiek z nadmiaru szczęścia, a potem podnosi ociężale by wszytko wyprostować. I kolejny telefon.. Znów coś zepsuje? Tyle czasu zabiera stawanie na nogi, by potem znów upaść i to niżej. By zatracić się w najgorszych uczuciach, by wszytko się odwróciło, a życie z dnia na dzień było ciężarem..

środa, 11 kwietnia 2012

Jednopart 3. I krótkie info.

Damsko- męski poker. I kto za kim będzie gonił? Kto rozdaje karty?

Mycie. Pranie. Sprzątanie. Codzienność. Niunia umyje podłogę, naczynia, wyniesie śmieci, posprząta cały dom. Normalnie rzygać się za przeproszeniem chce. Odkąd wyprowadziłam się do Londynu, czyli od czterech lat muszę dorastać w tej grubiańskiej, nieprzyjemnej i raczej mało rozwojowej atmosferze. A dlaczego? Dlatego, że mój pożal się Boże ojciec ma dwie lewe ręce i oprócz takich podrzędnych czynności jak zrobienie sobie herbaty nie umie zrobić nic. Siedzi całymi dniami w swoim biurze i zbija bąki, a ja? To muszę się uczyć, to robić w domu, a potem jeszcze iść i pomóc mu w biurze. Tak jakby przez tyle lat sobie sam nie radził.
Nie raz, nie dwa już rzucałam ścierkami, szklankami, talerzami. Buntowałam się. To normalne jak się ma osiemnaście lat. Nie raz też uciekałam z domu, jak byłam młodsza. Ale dokąd miałabym iść. Moja matka mieszka w Piekarach Śląskich w Polsce. Została tam z moim bratem, Maćkiem po tym jak sąd przyznał prawa rodzicielskie do opieki nade mną mojemu ojcu i ja musiałam się wyprowadzić do Wolverhampton. Potem już miałam tylko z górki. Skończyłam tam szkołę i wylądowałam w jednym z lepszych Londyńskich college ’ów, do którego uczęszczałam już dwa lata. W tym czasie firma mojego ojca już wtedy bardzo dobrze prosperująca rozwinęła się, więc mój opiekun przeniósł ją w środek Londynu. I tak moim domem stała się wielka willa na przedmieściach stolicy Wielkiej Brytanii. Czy mi się to podobało? Nie miałam nic do gadania. Czy ktoś mnie pytał czy chciałam studiować na tej Londyńskiej uczelni? Oczywiście, że nie. Miałam w końcu przejąć rodzinny interes. Stanowczo utrzymywałam, że lepiej w tej roli sprawdził by się mój brat, aczkolwiek nie łączyły go z moim ojcem żadne więzy krwi. Był moim przyrodnim bratem i nie miał żadnych praw do firmy.
Odetchnęłam głęboko i założyłam nogę na nogę. Już od godziny siedziałam w poczekali czekając aż mój ojciec się wreszcie ruszy i do mnie zejdzie. Często zdarzało mi się czekać na  niego, żeby mnie odwiózł do domu w jego firmie, ale dzisiaj trwało to wyjątkowo długo. Bolała mnie już tylna część pleców choć kanapa była naprawdę miękka i wygodna. Z drugiej strony nie mogłam wstać i pochodzić, ponieważ bardzo bolały mnie nogi po całym dniu w szpilkach. Westchnęłam głośno i w tej chwili podeszła do mnie sekretarka ojca. Młoda kobieta, o wyrazistych rysach twarzy, niebieskich oczach, blond włosach i idealnym francuskim manicure. Ubrana była w świetnie dopasowaną i skrojoną garsonkę w odcieniach szarości. Podeszła i odezwała się wysokim piskliwym, głosem nad wyraz miłym i do niej nie pasującym. Miałam ochotę zakryć uszy, ale po prostu nie wypadało.
- Niunia, może chcesz herbatki?- zapytała. Zebrało mi się na wymioty. Jako, że byłam córką mojego ojca, głównego dyrektora tej firmy, posiadacza dużego udziału akcji każdy chciał się wkraść w moje łaski.
- Natalia. – poprawiałam ją uśmiechając się sztucznie. Wyszczerzyła się do mnie w odpowiedzi i natychmiast się poprawiła ponawiając swoją propozycję.
- Drugą? To chyba nie jest wskazane. Potem będzie mi się chciało sikać. Ale jak pani tak nalega. – odpowiedziałam patrząc jak powoli zaczyna się złościć przez moją „bezczelność i arogancję” jak mawiał mój ojciec. A ja? Ja po prostu uwielbiałam denerwować jego sekretarki, które nie mogły na mnie nawrzeszczeć.
Tak i ta próbowała utrzymać swój przejmująco obłudny uśmiech. Po chwili przyniosła mi kubek z herbatą.
- A cytrynka? – zapytała robiąc minę niewiniątka.
- Nie prosiłaś, Natalko.
- Natalio.- poprawiłam ją. – Powinnaś wiedzieć, że zawsze pije z cytrynką. Co twoja poprzedniczka ci nie powiedziała? A powinna. Gdzie mój tatuś?
Kobieta, której na plakietce widniało imię Marie zbladła i zacisnęła usta. W duchu wręcz tarzałam się ze śmiechu.
- Niunia, nie udawaj rozkapryszonego bachora. – usłyszałam głos ojca. Wzięłam się pod boczki i obróciłam z drwiącym uśmiechem błąkającym mi się na ustach.
W jednej chwili uśmiech ten znikł. Stanęłam osłupiała i wpatrywałam się w jeden ruchomy punkt. Zaczełam się wydzierać jak opętana, zrzuciłam swoje szpilki i nawet nie patrzyłam jak lecą. Miałam jednak cichą nadzieje, że choć jednym butem trafiłam w Marie. Wydarłam do przodu i już po chwili wisiałam na szyi wysokiego, dobrze  umięśnionego chłopaka, o brązowych ciągle roześmianych oczach, ciemnych blond włosach i posiadacza słodkich znamion na szyi.
- Niunia! Ile to już czasu?! Jak ty wyrosłaś?- zadawał pytania przyciskając mnie z radością do siebie.
- Liam, matko! To naprawdę ty.! – krzyknęłam patrząc na niego od dołu do góry. Był taki sam. Nic się nie zmienił. No może zmienił trochę styl. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Choć siadamy. – pociągnęłam go za rękaw. Chłopak się opierał, ale nie chciałam słuchać żadnych protestów. Pchnęłam go mocno na kanapę, przez co odbiłam się lekko i wpadłam na ławę wylewając herbatę.
- Ile to już czasu minęło od naszego ostatniego spotkania, hę? – zapytałam nie siadając. Przestępowałam z nogi na nogę z podekscytowania. Liam zaczął się śmiać.
- Dwa lata. Ale, Niunia..
- Oj już dwa lata.. Jak ten czas leci.. Słyszałam, że robisz karierę. Widziałam cię w telewizji. Trzymałam kciuki, oczywiście. Przykro mi było jak nie wygraliście, ale przynajmniej zespół ci dali fajny. Ten jeden jest strasznie słodki. Załatwisz mi jego numer?- słowa po prostu ze mnie wypadały. Na nic nie zwracałam uwagi, a Liam się śmiał, co chwilę chcąc mi przerwać.
- Co się dzieje? Czemu się śmiejesz? – zapytałam. Już zaczynał mnie irytować.
- Ponieważ, chciałem, żebyś poznała chłopców z zespołu..
- No okey. Kiedy? Umówimy się na kawę?- wtedy Liam pokazał mi palcem czterech chłopaków stojących może dziesięć metrów za nami ze zdezorientowanymi minami i pobłażliwymi uśmieszkami. Stanęłam i zaczełam się im przypatrywać. Może i powinnam się czuć zażenowana, ale jakoś nie robiło mi to w tej chwili różnicy. Byłam tak szczęśliwa widokiem mojego przyjaciela z sąsiedztwa.
Gdy przeprowadziłam się do Anglii, do Wolverhampton to pierwsze co to poznałam Liama. Zaprzyjaźniliśmy się i nie odstępowaliśmy siebie na krok. Jednak to wszystko musiało się skończyć. Dorośliśmy. Ja wyjechałam. Niecałe dwa lata później zobaczyłam Liama w telewizji. Na początku kompletnie nie mogłam w to uwierzyć, ale potem wszystko stało się jasne. Mój najlepszy przyjaciel stał się gwiazdą i już nigdy miałam go nie spotkać. Zrozumiałe, więc było moje podekscytowanie, moja radość na jego widok.
Przypominanie sobie wspólnie przeżytych chwil wcale nie pomagało w uspokojeniu się. Nie mogłam wyrzucić z pamięci zdenerwowanego Liama, gdy odstraszyłam jego pierwszą dziewczynę, jego uśmiechu, gdy jedliśmy razem lody w parku, jego zaciekawianie gdy mnie słuchał, zaspania, gdy budziłam go w środku nocy, bo przyśnił mi się koszmar. I jego rozmarzenia, każdego ranka gdy patrzył w szybę autobusu, którym jeździliśmy do szkoły. Wspólne chwile, których miałam nigdy nie zapomnieć zalały całą falą mój umysł. Stałam chwilę otępiała. Liam jak na przyjaciela przystało mocno uderzył mnie w plecy, bym się ocknęła. Cisnęłam w niego błyskawicą i wróciłam do „poznawania” jego nowych przyjaciół.
- Jestem Natalia, dla przyjaciół Niunia. – powiedziałam machając chłopakom ręką. Odmachali zdezorientowani. Tylko jeden się wybił przed szereg.
- Kogo numer chciałaś? Oj. Głupie pytanie. Wiem, że mój.! – zakrzyknął uradowany chłopak  podał mi wygrzebaną z kieszeni, zachlapaną czymś, ale chyba nie chciałam wiedzieć czym wizytówkę. Louis Tomlinson.
- Na pewno zadzwonię, a potem będziemy uprawiać dziki seks na pierwszej randce. – powiedziałam sarkastycznie. Liam zaczął się śmiać. On znał mnie od tej „ wrednej” strony. Jego kolega stał zdezorientowany, ale tylko przez chwilę. Po kilku sekundach na usta Louisa wypłyną nad wyraz szeroki uśmiech.
-Dzwoń teraz! – krzyknął. Wyciągnął telefon i wpatrywał się w ekran wyczekująco. Wyjęłam swój i wystukałam numer zapisany na zużytej kartce.
- Dzień dobry, tu seks telefon. Niestety tymczasem nasze usługi są ograniczone. Prosimy spróbować później. – powiedziałam nadzwyczajnie poważnie. Louis się rozłączył i popatrzył na telefon. Zaczął nim stukać o swoją nogę.
-No kurde! Chyba nie mam zasięgu!- powiedział. Chłopcy stojący z tyłu Zaczeli się śmiać. Nawet ja nie wytrzymałam i porzuciłam swoją wredną maskę.
- To teraz mi powiecie co tutaj robicie? – zapytałam już całkiem poważnie bawiąc się końcówkami włosów.
- Będziemy nagrywać kolejną płytę, ale to jest nie ważne. – powiedział chłopak o ciemnej karnacji i czarnych włosach, nad wyraz przystojny. Wiedziałam, że nazywał się Zayn, ponieważ skrupulatnie śledziłam karierę mojego przyjaciela i jego zespołu.
- Liam bardzo chciał się z tobą zobaczyć.- dodał szczerząc się do mnie.
- No ba, że chciał. Ja jestem unikat. – powiedziałam rozkładając ręce.
- Powiedział bym wręcz, że endemit. – wyszeptał pod nosem Liam,
- Słyszałam, przyjacielu z Bożej łaski.! – krzyknęłam prześmiewczo i uderzyłam go w ramię. Liam się zaśmiał, złapał mnie za nadgarstek i mocno do siebie przyciągnął.
- Stęskniłem się za tobą, Niunia. – powiedział przytulając mnie jak zawsze, jak kiedyś. – Nawet nie wiesz jak brak mi było mojego damskiego przyjaciela.
W tej chwili po prostu wymiękłam, jak to się teraz mówi. Zawsze byłam twardą dziewczyną, ale w tej sytuacji nie dałam rady. Te słowa wstrząsnęły mną do głębi i nie miałam pojęcia co mogę mu odpowiedzieć. Wszystko wydawało mi się niedopowiedzeniem. Wszystko co mogła mu powiedzieć, to było za mało. Moich uczuć nie mogłam wyrazić słowami, tego się nie dało wyrazić słowami. Mój przyjaciel wrócił. Wrócił do mnie.

*

- Znowu to robisz! – prychnęłam. Znów byłam zła. Ostatnio coraz częściej mi się to zdarzało.
- Co robię?- żachnął się wzburzony Liam.
- Tak patrzysz. To bardzo irytujące.
- Jak patrzę.? Niunia daj spokój. Czepiasz się ostatnio pierdół. – Liam zaczął mocno gestykulować. Szykowała się kolejna awantura. Ostatnio zdarzało nam się to bardzo często. Zaczynałam już się powoli denerwować i zastanawiać czego to jest przyczyną. Może naprawdę dorośliśmy, zmieniliśmy się i już nie jesteśmy tymi samymi dzieciakami. Łączyła nas tylko przeszłości, a reszta przepadła.
- I kto to mówi? Pan doskonały, cierpliwy i wyrozumiały. Daj spokój Liam. Ja cię znam i swój instynkt tatuśka włóż do kieszeni, bo po prostu nie wyrobię, jak będzie tak dalej.
- To bardzo mi przykro! Może mnie jednak tak dobrze nie znasz, zapatrzona w siebie egoistko!
- Ja egoistką?! Chyba sobie kpisz?! – wydarłam się. Nie miałam zamiaru ustąpić. Nigdy nie ustępowałam. Nawet jeżeli jego słowa miały okazać się całkowitą prawdą.
- Co tu się znów dzieje?- zapytał wpadający do pokoju z impetem Zayn. – Dajcie sobie po twarzy i już. Jeszcze jeden dzień będziecie się kłócić, a po prostu oszaleje! – krzyknął. Stanęliśmy z Liamem zdumieni. Zapadła niezręczna cisza, przerwana głośnym trzaskiem zamykających się za Zaynem drzwi.
- Chyba on ma rację. – powiedział Liam. Popatrzyłam na niego rozchylając usta. Już chciałam mu zaprzeczyć, ale Zayn miał faktycznie rację. Kłóciliśmy się z Liamem już dobrych kilka dni, nasze kłótnie nie ustawały i na pewno bardzo przeszkadzały domownikom. Coś się między nami po prostu skończyło. A tak się cieszyłam, że Liam przyjechał. Teraz było mi po prostu głupio. Skinęłam głową.
- Mam tego dosyć. Za dwa dni mamy koncert. Chyba czas się pożegnać, Natalia.
- Pierwszy raz powiedziałeś do mnie Natalia. – wyszeptałam. W pokoju znów zrobiło się cicho. Czekałam aby Liam mnie przytulił i zapewnił, że to nie jest koniec. Że to przejściowe, ale nie zrobił tego. Stał jak ten słup soli i nawet na mnie nie patrzył. Może myślał to samo? Ze to wszystko bezsensu i najlepiej dać sobie spokój?
Pokiwałam głową i przyznałam mu rację.
- Chyba najwyższy czas porzucić marzenia dzieciństwa. Już nie jesteśmy dziećmi, Liam. Nasza przyjaźń skończyła się wraz z moim wyjazdem, twoją karierą. Nie ciągnijmy tego więcej i nie udawajmy, że wszystko jest w porządku, bo nie jest. Bardzo mi ciebie brakowało, ale coś jest nie tak. Nie wiem od czego to zależy.
- Też nie mam pojęcia. Rozstańmy się w miłych stosunkach i dajmy sobie spokój. Możliwe, że więcej się już nie spotkamy.
- Możliwe. – odpowiedziałam patrząc w dal w lekkiej zadumie. Czy to naprawdę koniec? Czy długoletnią przyjaźń można zakończyć jednym zdaniem?

*

Został nam jeden dzien. I jaki był inny. Nie było tego ucisku bycia przyjaciółmi i przez chwilę miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Sama nie wiedziałam, co się dzieje. Wszystko było inne. Niewyraźne, a Liam był… Kimś ważnym. Był taki jak kiedyś. Jeden dzień.

*

Nie poszłam go doprowadzić. Dlaczego nie poszłam go odprowadzić?! Zerwałam się i złapałam leżące na stole kluczyki. To był impuls. Kierowała mną niezrównoważona intuicja. Po dziesięciu minutach walki z czasem stałam przed terminalem. Nie mogłam tego tak zostawić. Nie lubiłam nie dokończonych spraw, a ta do takich należała. Liam nie mógł wyjechać tak bez pożegnania. Nie wyobrażałam sobie tego. To nie miało się tak skończyć. Czemu najważniejsza osoba w moim życiu miała odlecieć bez chociażby ciepłych słów? Liam moje oparcie, mój przyjaciel, brat, ojciec, bohater. Moje życie. Moja przeszłość.
Jak ja go teraz miałam znaleźć. Na lotnisku było mnóstwo ludzi. Tłoczyli się wszędzie. I może to był klucz do sukcesu? Przecież cały zespół to gwiazdy! Co równa się mnóstwu piszczących nastolatek śledzących ich każdy krok.
I tak też było. Poszłam tam gdzie najgęstszy tłum i próbowałam się przepchać przez tłum najgorętszych fanek, które nie ukrywajmy lekko przesadzały. Miałam ochotę krzyczeć. Stanęłam na palcach i dostrzegłam go. Machał. Robił sobie zdjęcia z fankami, dawał autografy obstawiony liczną ochroną. Nie miałam najmniejszych szans na przedostanie się w jego otoczenie. Nawet krzyki nie pomagały. Byłam skutecznie zagłuszana przez tłum. Mogłam dzwonić, ale jego komórka była wyłączona. Czy to miał być koniec? Byłam przecież tak blisko. Miałam go na wyciągnięcie ręki.
Moje ciało przeszywały dreszcze i pierwszy raz w życiu popłakałam się przy ludziach. Chlipałam jak mała dziewczynka wycierając nos ręka, która zaczynała się świecić od moich płynów ustrojowych. Teraz dokładnie wiedziałam co chcę powiedzieć Liamowi. Tylko nie mogłam. Ponownie stanęłam na palcach. Byłam już blisko, a że byłam starsza od wielu fanek i wyższa to skutecznie nad nimi górowałam.
- Liam! – krzyknęłam, ale nic to nie dało. Liam był jakby pogrążony we własnym świecie. Widziałam, że był nie swój i musiałam się przebić przez jego skorupę.
- Liam.!- krzyknęłam po raz drugi. Zauważył mnie Harry i widziałam jak pokazuje mnie palcem. Zdawałam sobie sprawę, że wyglądałam wyjątkowo nie wyjściowo cała zapłakana z rozmazanym makijażem, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Liam popatrzył prosto w moje przekrwione oczy i rzucił się w tłum, który nie chciał się jednak przede nim rozstąpić. Liam zaczął się przepychać i dotarł do mnie by wziąć mnie w ramiona. Przytuliłam się do niego mocno i płakałam.
- Pobrudzę ci wyjściowe odzienie, mój wybawco. – powiedziałam już jak ja. Liam się nie przejął i przycisnął mnie mocniej.
- Wybacz mi, Niunia. – powiedział. – Zayn wcale nie miał racji. Ja nie chcę zrywać tej przyjaźni.
- A ja nie chcę się z tobą przyjaźnić. Kocham cię, Liam. – nie panowałam nad słowami, które wypadały z moich ust. Popatrzyłam na mojego ukochanego. Na chłopaka, z którym chciałam spędzić życie. Mimo wszystko. Może to był moment kiedy wszystko zepsułam, a może… Czekałam na jego reakcję.

*

To krótka Historia więc jakże mogła się skończyć. To była moja opowieść. Jej część, początek. Czym miało to zaowocować? Szczęściem przemieszanym z bólem. Miłością, spełnieniem, kłopotami. Całkowity standard, który mi odpowiadał. Miałam przeżywać z Liamem wzloty i upadki, ale może właśnie do tego byłam przeznaczona? Do bycia z nim, do stawiania czoła niebezpieczeństwom. Razem.

*

Poczułam na ustach smak jego warg. To była zadowalająca mnie odpowiedź. Teraz już wszystko miało być dobrze. Świat miał zniknąć.
I tak mój przyjaciel stał się moim chłopakiem. Nasza braterska miłość wyewoluowała. Przestałam wierzyć w przyjaźń damsko-męską, za którą jeszcze niedawno mogłabym zabić. Zmieniłam nastawienie o sto osiemdziesiąt stopni i chciałam, żeby tak zostało. Może tak od zawsze miało być. Może miałam się przekonać, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje? Byłam przekonana, że tak właśnie miało być. Musiałam tylko coś stracić, żeby przekonać się o swoich własnych uczuciach i zacząć śmiać się w duchu. Jakie to dziwne, ze człowiek sam nie wie co czuje. Po prostu niepojęte. Trzeba coś stracić, żeby coś zyskać. Trzeba coś stracić, żeby poznać siebie. Trzeba coś stracić, żeby móc o to walczyć. I wygrać. 

***

Coś czuję, że macie już dość moich jednopartow? Czyżbyście czekali na opowiadanie? A może macie mnie już dość? Nie będę się gniewać.
Jak ta historia wam się podoba?
A właśnie.. 

INFO OD AUT. 

Co do opowiadania to jest pomysł, jest wykonanie, a blog już zakładam.. Jeżeli jeszcze chcecie to piszcie a może jeszcze dzisiaj, najpóźniej jutro pojawi się info o nowym odcinku, nowego opowiadania.. Jednakże jeżeli będzie was mało miało ochotę to czytać to nie opublikuję, bo po co? 
No, więc liczę na wiele komentarzy. Co sądzicie o nowym opowiadaniu? Wytrzymacie jeszcze ze mną?  A może robię z siebie już Krzysia I. i pcham się do każdej lodówki? Liczę na wasze liczne opinie. 


Dziękuję za prawie 31 tys. wyświetleń! Jesteście boskie, cudowne etc..!!! Kocham was!

Pozdrawiam.!
H. 

piątek, 6 kwietnia 2012

Jednopart 2.

Przyjaźń zawsze! – Terapia grupowa.

Gdy ta wysoka, czarnowłosa dziewczyna z zielonymi oczami tylko siadała do komputera wszyscy wiedzieli, że będą się działy rzeczy wspaniałe i niezwykłe. Mimo, że miała dopiero osiemnaście lat, co w tym zawodzie stanowiło niezwykle niską barierę wieku to potrafiła rozbudzić ciekawości i wzbudzić emocje jakich nie dało się zapomnieć. Była chyba najbardziej uzdolnioną pisarką młodego pokolenia, która zaistniała na świecie wydając bestseller w tak młodym wieku. Była nadzieją przemysłu wydawniczego i swoich rodziców, których przepełniała duma na samą myśl o sukcesie ich niczym niewyróżniającej się córki. Niczym oprócz tego wielkiego daru. Daru pióra, jak sama to określała. Potrafiła stworzyć coś wspaniałego i nieporównywalnego. Coś z niczego. Była zdolna napisać, jak tylko miała chęć, książkę, powieść na światowym poziomie.
Ostatnia jej książka sprzedała się w milionach egzemplarzy i trafiła do każdego miejsca na ziemi. Wzbudzała zachwyt, oszołomienie, zaskoczenie, radość, łzy i wiele innych jakże skrajnych emocji. Ukazywała przekrój życia zwykłej dziewczyny, która miała szczęście w nieszczęściu, którą los obdarzył możliwością przeżycia wspaniałej przygody i odnalezienia szczęścia, miłości, przyjaźni i zadowolenia z życia. Książka traktowała o przemianach wewnętrznych. Przemianie dziewczynki zagubionej we własnym świecie w kobietę, która musiała odnaleźć własne ja na obcym terenie, w nieznanym miejscu. Opowiadała o życiu autorki z elementami fantastyki. Fantastyki, która w gruncie rzeczy była jak najbardziej realna, jednakże dla samej autorki wręcz fantastyczna i wyimaginowana. W taki sposób jej biografia podbiła serca milionów ludzi, więc dlaczego dziewczyna się nie cieszyła? Dlaczego to wszystko uważała za stratę czasu i mrzonki o wielkości? Dlaczego żyła swoim pesymistycznym snem, a nie cieszyła się życiem, sukcesem i młodością?
Tego nikt nie wiedział. I nikt nie dociekał. To było jej życie, a wszyscy chodzili przekonani, że dziewczyna jest szczęśliwa i nie ma prawa marzyć o niczym więcej., więc ona nie marzyła. Wierzyła bezgranicznie w dobre intencję ludzi jej bliskich i tak jak oni wmawiała sobie, że jest szczęśliwa, ale w głębi duszy czuła, że czegoś jej brakuje. Bała się tylko do tego przyznać na głos.
- Lena, kolacja. – powiedziała niska, drobna kobieta o rudych włosach, zielonych oczach i twarzy pooranej nielicznymi zmarszczkami wychylając głowę zza drzwi. Miała około czterdziestu kilku lat. Była zadbana i wypielęgnowana. Na jej twarzy było widać tylko nieliczne znaki czasu. Kobieta mimo, że była matką siedzącej przy komputerze dziewczyny wcale nie była do niej podobna.
Dziewczyna, Lena skinęła głową pokazując, że słyszy słowa matki. Napisała ostatnie zdanie, przeczytała je trzy razy i pokiwała głową. Było bardzo dobre. Wyjątkowo jej dzisiaj wszystko szło. Uśmiechnęła się blado wąskimi ustami. Jej uśmiech nie objął oczu, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Ważne było, że się uśmiecha.
Wstała i wolno, bez pośpiechu ruszyła za matką do jadalni, gdzie siedział już starszy mężczyzna, łysawy z siwiejącym resztkami niegdyś czarnych włosów. Mężczyzna miał taki sam nos jak Lena i usta równie wąskie. Był wysoki, jednak teraz siedział zgarbiony, jakby przytłoczony ciężarem życia. Obok niego siedział bawiąc się widelcem młody na oko piętnastoletni chłopak. Bardzo podobny do matki, jednak kolor włosów miał całkowicie inny. Był szatynem czym różnił się od reszty rodziny. Z postawy niedbały i „olewający system” .
- Lenko, kochanie, pamiętasz, że jutro masz wywiad u tego jakiegoś tam sławnego, który zapewni ci rozgłos? – odezwała się Elżbieta Olszewska nakładają na talerz kilka listków zielonej sałaty.
- Pamiętam, mamo. I nie stresuję się. – odpowiedziała Lena bawiąc się jedzeniem leżącym na talerzu.
- Wiem, że się nie stresujesz, kochanie. Po prostu zastanawiałam się czy wiesz co masz powiedzieć, jak cię zapyta skąd czerpałaś wzorce wymyślając ten zespół.
- Daj jej spokój, Ela. Niech zje obiad, a nie.. Zamęczasz ją tym i stresujesz.- włączył się do rozmowy mężczyzna podnosząc wzrok znad własnego talerza.
- Nie upominaj mnie, Leon. Chciałabym tylko się upewnić, że Lena wie co robić.
- Jestem pewien, że wie. To już duża dziewczynka. – Ojciec uśmiechnął się do córki nieznacznie. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dalej gmerała widelcem w talerzu. Siedziała zgarbiona i  zdawać by się mogło, że słowa matki w ogóle do niej nie docierają. Ona tymczasem przyjmowała każdą uwagę, wskazówkę z pełnym skupieniem i analizowała. Była całkowicie zdominowana przez swoją matkę-menadżera.
- Może i duża, ale ja jestem jej menadżerem i odpowiadam za jej wizerunek. To co powie będzie miało na nas wielki wpływ. – mówiła naburmuszona z ustami ułożonymi w ciup Elżbieta. Była to skrajna materialistka i zdawała się nie dostrzegać zagubienia córki w nowej sytuacji.
- W takim razie co mam powiedzieć, mamo?- zapytała Lena nie dając dojść do głosu swojemu ojcu.
- No jak to co, słoneczko?  Przecież mówiłaś, że wiesz. Najlepiej powiedz, że to jakiś dobry, bardzo popularny zespół.. Zresztą sama wiesz.. Może napisz to sobie, co? – uniosła do góry dwie idealnie wypielęgnowane brwi pani Elżbieta. Lena tylko skinęła głową układając sobie w myślach treść przemówienia.
- Lena! Mówię do ciebie. – upomniała się matka po kilku sekundach. Dziewczyna spojrzała na nią niepewnie i powiedziała:
- Napiszę to.
W tej chwili w jadalni dało się słyszeć szuranie odsuwanego krzesła.
- Michał, a ty gdzie? – po raz któryś tego dnia oburzyła się matka dzieci.
- Dziękuję. Idę do swojego pokoju. – odpowiedział i pobiegł na górę. Pani Olszewska prychnęła tylko i zajęła się swoją sałatą. Ojciec z córką wymienili porozumiewawcze spojrzenie.
Taka była codzienność w domu państwa Olszewskich. Ponura atmosfera całkowicie kontrolowana przez panią domu. Panią z wyższych sfer. Jednakże wszyscy mieszkańcy tego zacnego domu byli już do tego całkowicie przyzwyczajeni. Taka była ich rzeczywistość, której nie dało się ot tak zmienić. Powieść pozytywistyczna w rzeczywistości, czyli nuda, zawiłość i szara codzienność, realia bez dramatów, komedii czy jakiegokolwiek wystąpienia poza normalność.

*

Lena Olszewka wysiadła ze starej, srebrnej Toyoty przed studiem angielskiej telewizji. Stanęła przed gmachem i przyglądała  się ogromności tego budynku. Wiedziała, że te wywiad będzie dla niej przełomowy, a miała jakże trudniej niż inni. W końcu była Polką.
Dwa lata temu sytuacja materialna jej zmusiła jej rodzinę do wyjazdu „ za chlebem” do Londynu. Wyprowadzili się z Kalisza i zamieszkali w całkowicie obcym jej miejscu. Wszystko było dla dziewczyny takie obce. Na początku było bardzo ciężko. Nie mogła sobie poradzić z samą sobą, a do tego dochodziła ciężka sytuacją materialna. Nikt nawet nie przypuszczał, że na komputerze dziewczyny czai się absolutny bestseller, którego angielskie wydawnictwa przyjmą z otwartymi ramionami.
Dziewczyna stała przed tym wielkim budyniem, inwestycją w jej przyszłość i nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. A mimo to ciągle była smutna. Jednakże wiedziała, że już za chwilę znów będzie musiała przywdziać maskę słodkiej, uśmiechniętej dziewczyny i dać największy popis gry aktorskiej w całym swoim życiu.
-Lena, na co czekasz? – warknęła jej matka lekko popychając ja do przodu. Ruszyła więc niepewnie za matka. Za nimi poczłapał się zupełnie niezauważony Michał Olszewski. Chłopak widmo.

-Witam w moim studiu  dziewczynę, która podbiła serca milionów czytelników na całym świecie. Pokazała, ze marzenia się spełniają, i że każdy może zostać pisarzem. Przed państwem Lena Olszewska. – zapowiedział ją wyróżniający się  starszy pan o krzaczastych brwiach, orlim nosie i pieprzyku na brodzie. Był ubrany w idealnie skrojony i dopasowany garnitur od Armaniego, który idealnie leżał na jego wątłym ciele. Uśmiechał się sztucznie i patrzył prosto do kamery zza grubych okularów w czerwonych oprawkach.
Lena weszła pewnie, sprężystym krokiem do studia i podała rękę prowadzącemu. Uśmiechnęła się równie sztucznie i usiadła na miękkiej obitej białym zamszem kanapie poprawiając swoją idealnie dopasowaną, najnowszą , lekko różową sukienkę od Prady, tak by zakrywała jej chude kolana.
Po kilku minutowym słodzeniu sobie nawzajem dziennikarz wziął się do pracy i przeszedł do pytań.
- Skąd pomysł na taką książkę? – zapytał zaglądając w swoje notatki.
- Z marzeń. Marzeń mnóstwa nastolatek zarówno w tym kraju jak i na świecie. W końcu jaka dziewczyna nie chciałaby przeżyć namiętnego romansu z gwiazdą rock’a.
Wiekowy prowadzący zaśmiał się sztucznie. Znalazł również punkt odniesienia.
- Czyli mam rozumieć, że przeżyłaś romans z jakąś gwiazdą.? Nie musisz się wstydzić, tu wszyscy są rodziną, prawda!?- krzyknął do publiczności, która natychmiast zaskandowała w potwierdzeniu. Lena uśmiechnęła się do kamery myśląc o tym wywiadzie jak o żałosnym rodzaju maskarady. O hienach medialnych chcących wydusić z niej każdy nawet najmniejszy fragment jej życia osobistego.
- Nie, oczywiście, że nie. Jak już mówiłam książka powstała z marzeń nastolatek, a nie z moich prywatnych doświadczeń. – dziewczyna próbowała nawrócić dziennikarza na  właściwe tory. Jednak on się nie dał.
- Czyli nie powiesz nam czy największy debiut pisarski ostatnich lat ma chłopaka?
- Mój debiut to nie wiem. Proszę się jego zapytać. Ja nie mam. Teraz ciężko pracuję, myślę i opracowuję nową książkę, która mam zamiar opublikować w przyszłym roku i na mam czasu na kontakty towarzyskie. – powiedziała miło, aczkolwiek dobitnie dziewczyna. Nie chciała by jej rozmówca daje zamęczał ją tematami osobistymi przed milionami widzów. Nie po to tam poszła. Była już lekko zirytowana i  bała się, że wszyscy to zobaczą, a wtedy jej matka nie będzie dla niej miła. I wydawcy również.
- Rozumiem. Skąd w takim razie wzięłaś piątkę przystojnych chłopców z boys bandu ? Na kim się wzorowałaś? Słyszeliśmy plotki, że umawiałaś się z chłopakami z The Wanted. – poruszał brwiami prezenter i nachylił się teatralnie w jej stronę, by nie uronić żadnego jej słowa.
- Ktoś ma naprawdę bujną wyobraźnie. – odpowiedziała Lena śmiejąc się z równym dziennikarzowi talentem aktorskim.- Jednakże faktycznie czerpałam pewne wzorce z osób jak najbardziej realnych.
- Kim są ci przystojniacy?- drążył prowadzący. Lena spojrzała za kulisy na stojącą tam matkę. Trwało to zaledwie ułamki sekund. Elżbieta kiwnęła głową. Dziewczyna odwróciła się do prowadzącego i wypaliła:
- Moim największym wzorem był brytyjski zespół One Direction. Bardzo lubię ich muzykę i podziwiam samych jej wykonawców. Oczywiście w książce nie wykorzystałam żadnego wizerunku, tylko podobnie wykreowałam postaci i zaczerpnęłam pomysł. Mam nadzieję, że chłopcy nie będą mieli mi tego za złe.
Prezenter uśmiechnął się od ucha do ucha i wykrzyknął:
- Zapytajmy ich o to! One Direction!
Na plan wbiegło pięciu przystojnych chłopców. Lena patrzyła na nich jak zaczarowana. Czuła, że zrobiła z siebie idiotkę i miała ochotę stamtąd uciec. Problem stwarzało tylko kilka milionów widzów siedzących przed telewizorami.

„To jest nagrywane” Ta myśl Leny Olszewskiej była przełomowa. Wstała z kanapy i nie zważając na krzyki reżysera, scenarzysty i prezentera oddaliła się pospiesznie poza obszar obstrzału kamer.
- Jak mogłaś mi to zrobić?!- krzyknęła po polsku do matki. Elżbieta Olszewska otworzyła szerzej oczy i patrzyła na córkę z przerażeniem.
- Lena, jak ty się zachowujesz.- syknęła również płynnie przechodząc na polski jej matka.
- Ja?! To ty zrobiłaś ze mnie idiotkę na wizji! Dobrze wiedziałaś, że oni tu są. Pewnie sama podsunęłaś ten pomysł scenarzystą.
- Zrobiłam to dla ciebie, kochanie. Jestem twoją matką i wiem co dla ciebie najlepsze. Trochę rozgłosu się przyda.
Dziewczyna prychnęła.
- Ty jesteś moją matką?! Jak możesz się w ogóle tak nazywać?! To wszystko jest chore. Żegnam państwa.! – krzyknęła Lena i szybkim krokiem zaczęła się oddalać. Jej matka przez chwilę stała oniemiała, ale szybko się opanowała. Nie mogła skazać się na porażkę.  To byłby jej koniec. W tej chwili nic nie miało znaczenia, musiała uratować występ córki.
- Lena, zaczekaj! Przecież nie skończyłaś! Tak nie można, kochanie. Lena, wróć!
Jednak dziewczyna nie miała zamiaru wracać. Za dużo już wycierpiała. Za dużo pozwalała swojej matce. Dobrze pamiętała czasy, kiedy jeszcze nie była sławna. Jej matka była całkiem inna. Troszczyła się o nią i miała na uwadze jej dobro, a nie karierę. Teraz jej świat powoli się walił, a ona nie miała nic do powiedzenia. Miała się z tym pogodzić i dać sobie spokój. Zapomnieć jak kilka lat temu jej matka przychodziła do niej wieczorami i szeptała „ słodkich snów” , jak wieczorami razem oglądały ulubione seriale i wymieniały się książkami obie tak samo zafascynowane. Jednak Londyn wszystko zmienił i nie mogła tego cofnąć.

**

- Michał, idziesz?- zapytała Lena siedzącego przy bufetowym stoliku chłopaka, który jak zwykle miał na wszystko wywalone.
Lena zdawała sobie sprawę, że nie zawsze tak było. Kiedyś był normalnym, fajnym chłopakiem bez uprzedzeń. Teraz był nie widoczny. Liczyła się tylko ona. A Michał stał gdzieś daleko w jej cieniu i nie protestował. W głębi duszy cieszył się z sukcesu siostry, ale miał do niej o to wielki żal.
- Skończyliście już? – odpowiedział pytaniem na pytanie bawiąc się niedbale szklanką z sokiem pomarańczowym.
- Pokłóciłam się z matką. Nawet nie wyobrażasz sobie co ona zrobiła.. Zapros…
- Można? – zapytał wskazując krzesło wyskoki chłopak z prostymi włosami, uśmiechający się do niej powalająco. Ona go bardzo dobrze znała. Z telewizji.
- Ili.. – dokończyła w szoku. – Jasne, jasne.
Chłopak zasiadł na przeciwko i uśmiechnął się szeroko.
- Jestem Louis. Czemu od nas uciekłaś? Czytałem twoją książkę. Jest naprawdę dobra.
Dziewczyna nie wiedziała co ma powiedzieć. Potarła lekko nos.
- Tak, dziękuję. Wcale nie uciekłam. Po prostu to była taka niezręczna sytuacja.
- Niezręczną sytuacją nazywasz to, że… - zaczął zdanie wpatrując się w dziewczynę, jakby oczekiwał odpowiedzi. Dziewczyna westchnęła i poddała się magnetycznemu spojrzeniu jego oczu.
- Że to was wskazałam jako inspiracje, a wy wyłaniacie się zza przepierzenia, zza kulis. To niesprawiedliwe, że matka mi coś takiego zrobiła. Niby jest moją rodzicielką, a zachowuje się, jakby obchodziła ją tylko moja kariera, którą w gruncie rzeczy mam gdzieś. Jestem nastolatką, chce się bawić., a nie..- Lena wylewała wszystkie swoje żale. Mimo, że nie znała Louisa musiała się wreszcie komuś wygadać, tego potrzebowała. Chłopak jej nie przerywał siedział z lekko uchylonymi ustami i słuchał jej monologu.
- I ty narzekasz? Przynajmniej cię widzi.. Nie chciałabyś cały czas być w czyimś cieniu. – oburzył się siedzący obok dziewczyny Michał. Lena uśmiechnęła się do niego smutno i przepraszająco zarazem.
- Oj, widzę, że macie naprawdę niewesoło. Powiem wam w zaufaniu, że jeżeli dobrze pamiętam to faktycznie wasza matka robi nienajlepsze wrażenie. Jest taka niezdrowo podekscytowana… Ale nie ważne teraz idziemy! – wykrzyknął Louis na tyle głośno, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Lena popatrzyła na niego i uniosła brwi.
- Dokąd?- zapytała lekko przerażona, ale równie zaintrygowana.
- Zobaczysz. Wychodzimy stąd. Chodźcie. – Lou wstał i nie czekając na nikogo popędził do drzwi. Dziewczyna podniosła się z miejsca, pociągnęła za sobą brata i ruszyła za nieznanym jej chłopakiem/
-To jest wariactwo.- szepnęła do siebie, a potem zawoła to chłopaka. – Jesteś wariatem!
- Ale jakim! – odkrzyknął chłopak otwierając drzwi prowadzące na zewnątrz i przytrzymując je dla idącej gdzieś z tyłu dziewczyny, jak na prawdziwego dżentelmena przystało.

***

Tego wieczoru Lena Olszewska i jej brat Michał bawili się jak nigdy wcześniej. On zauważony, w centrum uwagi porzucił swoją maskę luzaka i był na powrót soba. Ona porzuciła strapienia, oderwała się od rzeczywistości, ale inaczej niż przy komputerze. Obcowała z prawdziwymi ludźmi, nie musiała ich kreować, tworzyć. Musiała ich akceptować takimi jakimi byli.  Poznała całe One Direction. Przecież Louis nie mógł się obejść bez telefonu do Harrego, a z wywiadu i tak miało już nic nie wyjść. Uciekli. Wszyscy uciekli nie przejmując się konsekwencjami.
- Naprawdę pisałaś o nas?- zapytał Louis siadając koło zmęczonej już Leny. Dziewczyna postanowiła nie przerywać im zabawy w wesołym miasteczku i sama przysiadła na chwilę na ławce, kiedy cała reszta śmiała się i korzystała z wszelkich dostępnych atrakcji. Louis jednak wyłamał się z szeregu.
- Naprawdę. Jesteście wręcz stworzeni do tej historii. Przepraszam, jeżeli was w jakiś sposób uraziłam.
- Cały czas mnie za coś przepraszasz. Przestań. Naprawdę nam bardzo miło. A przynajmniej mnie. Którym z twoich postaci byłem? – zapytał opierając się na ławce i oczekując satysfakcjonującej go odpowiedzi.
- Eh.. Johnem.
– Ej, to jest poboczny wątek. Karlem był oczywiście Harry?
- Oczywiście. Ale John też miał dużo do powiedzenia. Też był w centrum. Odnalazł miłość.
Dziewczyna uśmiechnęła się do własnych myśli. Jakże ona też by chciała. Chyba każdemu się przecież należy, czemu nie jej? Jednakże ona wiedziała, zdawała sobie sprawę z tego, że jest mało kontaktowa i ciężko jej poznać tego jedynego chłopaka.
Podniosła wzrok i spojrzała w oczy Louisowi, który cały czas się do niej uśmiechał. I ten uśmiech był przełomowy. Nigdy się nie spodziewała, że właśnie w tej chwili znajdzie miłość. Że ten wielki gwiazdor zwróci na nią uwagę całkowicie przypadkowo by potem kompletnie zawrócić jej w głowie. By było im przez długi czas razem dobrze, by poznała co to miłość, co to szczęście. By się usamodzielniła i stwierdziła, ze może wszystko, ze stać ja na to. W tej chwili nie mogła wiedzieć, że to on otworzy ją na świat, pokaże to czego do tej pory nie znała. Że znajdzie przyjaciół, oparcie i to co jest w życiu ważne. Nie marzyła nawet, ze zdobędzie nowy materiał na książkę tym razem naprawdę inspirowany jej biografia i do tego w całkiem innym tonie. Pozytywnym, rozpraszającym ciemne chmury niczym promyki słońca. Na powieść, którą Louis Tomlinson będzie czytał roniąc łzy z zapartym tchem i przypominając sobie co ona mu dała, to co on jej pokazał. Jak żyć.

****
- Lena? – dziewczyna usłyszała za sobą znajomy głos. Puściła rękę swojego chłopaka i obróciła się w miejscu. Na przeciwko stał szczupły chłopak z grzywką i roześmianymi oczami. Obok niego stał wpatrując się w nią inny chłopak również z ciemnymi włosami, tyle że kręconymi. Uśmiechał się szeroko i już rozkładał ręce by ją pochwycić w objęcia. Przytuliła mocno Harrego Styles’ a i Louisa Tomlinsona.
- Cześć, Lou. Harry. Jak ja was dawno nie widziałam.
- A kiedyś widzieliśmy się codziennie. – wtrącił Louis.
- Kiedyś. Chłopaki poznajcie mojego chłopaka. – wskazała ręką na bardzo wysokiego chłopaka z jasnymi włosami, koloru siana, niebieskimi oczami i pieprzykiem na lewym policzku. Chłopak uśmiechnął się szeroko ukazując dołeczki w policzkach.
- Wojtek. Tutejsza polonia. – przedstawił się podając rękę obojgu chłopcom. – wy jesteście z tego zespołu, prawda.?-
Chłopcy jak na komendę skinęli głowami.
- Zostawię was, dawno się nie widzieliście.. Pójdę.. Wiesz, Lena…- dziewczyna uśmiechnęła się do niego i cmoknęła w usta. Chłopak odszedł obracając się co chwilę.
- Jak żyjesz? – zapytał Louis.
- Świetnie, a jak ty?
- Równie cudownie. – nabrał powietrza.- Brakuję nam ciebie, Lena.
- Mi was też. Teraz to już nie to samo. Dziękuję ci za wszystko Louis. Wiesz, że bardzo mi pomogłeś odnaleźć siebie.
- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Czytałem twoją nową książkę. Jest naprawdę rewelacyjna.
- Bardzo, ale to bardzo dobra. – potwierdził Harry. Dziewczyna się uśmiechnęła.
- Cieszę się, że się wam podoba. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. – powiedziała oglądając się za siebie.
- Idź już do niego.- rzucił z uśmiechem Louis.
- Cześć. – pożegnała się i przytuliła chłopców. Odeszła. Jednak po chwili zawróciła i rzuciła:
- Jeszcze raz dziękuję, Louis. Bardzo dużo mnie nauczyłeś.
Chłopak uśmiechnął się i wysłał jej buziaka.
- Ty mnie też.

Jak zaczęło się od uśmiechu tak i się skończyło. Dziewczyna cieszyła się z tego spotkania. Rozstali się z Louisem cztery miesiące temu i była z niego całkowicie wyleczona. Nic już do siebie nie czuli jednak to on nauczył ją kochać, przez co mogła znaleźć Wojtka i być szczęśliwą. One Direction przez dwa lata bycia z Louisem całkowicie zmieniło jej życie. Nauczyli ją wszystkiego, wpoili wartości jakich nie wpoiła jej, jej matka. Dzięki nim przeszła wspaniałą terapię. Jednak każdy z nich coś robił i teraz rzadko się spotykali. Nikt nie miał czasu, więc kontakty same się ograniczały. Lena tęskniła, za przyjaciółmi, ale teraz miała nowych. Miała coś czego nie miała wcześniej i każde spotkanie z One Direction było dla niej wyjątkowe.
Wyjęła z kieszeni telefon i wykręciła numer, który znała na pamięć.
- Louis, spotkajmy się wszyscy w sobotę. Nie chcę bez was żyć. Chcę mieć w was przyjaciół.
Przez chwilę towarzyszyła jej cisza. Louis odezwał się po chwili.
- Z tobą zawsze, ty nasze słoneczko. Przyjaźń z tobą zawsze. 

***

Kolejny jednopart. Kolejna historia. Kolejny członek zespołu. Kolejne przesłanie i chwila refleksji. 
Jak przejść przemianę? Jak to jest żyć pod presją świata i matki? Być nieszczęśliwym. A może to jak narkotyki? Ktoś cię musi w końcu wyciągnąć z życiowego dołka. Pokazać, że świat może być piękny. W najmniej spodziewanym momencie. 
Mam nadzieje, że wiele z was czyta to tak jak ja. Trochę się wczuwając, trochę zastanawiając się i wyciągając to co jest zawarte między wierszami, a trochę tego jest. Ta.. co autorka miała na myśli. Skąd ja to znam..?;)

Wiem, że jednopart miał być troszkę później, ale później to się będę uczyć i wgl mam plany..;)
do tego pracuję nad opowiadaniem, ale jeszcze nie będę zdradzać fabuły. Mam dla was jeszcze przynajmniej dwa jdnoparty, ale może napiszę jeszcze jeden. Zobaczę. Na razie opowiadanie, które muszę  dokładnie przemyśleć, poprawić i ogólnie coś spróbować nie wiadomo czy nie na darmo. Takie są moje najbliższe plany, więc chętnych zapraszam do śledzenia. 

Dziękuję za wszystkie komentarze. Aż tylu się nie spodziewałam. W końcu to tylko jednopart. 
Na koniec takie pytanie. Który jest lepszy? Która narracja bardziej się wam podoba?

Pozdrawiam.!
H.

PS. Proszę o komentarze i odpowiedzi.;)
Wesołych Świąt!